Dzień dobry
Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Redaktor: Milena Motyl
Źródło: Rzeczpospolita

Bizancjum w zadłużonych szpitalach

123RF

Łączne zadłużenie szpitali w Polsce przekroczyło pod koniec marca 37 mld zł, a zobowiązania wymagalne (przeterminowane długi) wzrosły do ponad 5 mld zł. Zdaniem dyrektorów placówek samo ograniczenie zarobków lekarzy to zdecydowanie za mało.

– Nie płacimy lekarzom na kontraktach od kilku miesięcy, etatowcom składek ZUS, mamy zajęte konta przez komorników, a mimo to statek płynie dalej – przyjmujemy pacjentów w nowoczesnym szpitalu, trwoniąc w idiotyczny, bezsensowny sposób środki, których nie mamy – tak jeden z dyrektorów szpitala opisuje w rozmowie z „Rzeczpospolitą” swoją obecną sytuację i zadłużenie na poziomie ok. 30 mln zł.

Jak dodaje dyrektor, rząd po aferze Kacprzyka wskazał, że głównym problemem szpitali są milionerzy w kitlach. Po zmianach mają zarabiać maksymalnie do 240 zł brutto za godzinę.

– Najwięcej zarabiają u mnie anestezjolodzy – 210 zł za godzinę, lekarz w POZ, ale za kierowanie, koordynowanie i udzielanie świadczeń – 190 zł za godzinę, ratownik medyczny – 79 zł, a pielęgniarka na bloku operacyjnym 80 zł – wylicza dyrektor. Aż 90 proc. umów w szpitalu to jednak kontrakty, a nie etaty.

– Komu zatem rząd ogranicza te 240 zł za godzinę? Mnie to sytuacji nie naprawi – zauważa.

Paradoks goni paradoks

Jak podkreśla gazeta, szpitalom ciążą nierealne wymogi NFZ, które muszą spełnić, by otrzymać kontrakt na świadczenia. Na przykład szpital resortowy ma świadczenia z zakresu medycyny pracy (głównie dla służb mundurowych), ale choć przyjmuje tylko od rana do godz. 11, musi zatrudniać personel, w tym pielęgniarki, na całą dniówkę. W poradni POZ otwartej do godz. 18 o godz. 15 siedzi tylko rejestratorka i dwie pielęgniarki. Lekarzy już nie ma. Większość jest w drugiej pracy.

Kolejny przykład: Narodowy Fundusz Zdrowia wymaga, by na szpitalnym oddziale ginekologicznym (bez położniczego) na jedno łóżko przypadało 0,75 pielęgniarki.

– Idea „pacjent najważniejszy” właśnie sięgnęła absurdu. W szpitalu są rzeczywiście pielęgniarki czy lekarze, którzy pracują bardzo dużo, ale zdecydowana większość nie robi nic lub prawie nic i zarabia ogromne pieniądze – mówi gazecie pracownik jednego ze szpitali.

Worek bez dna

Źle działa także system wycen świadczeń z NFZ. Są procedury wyceniane kuriozalnie wysoko (kardiologia, onkologia, ortopedia) i inne, na których tylko się traci (pediatria, geriatria). Te nierówności między specjalizacjami pogłębiają dysproporcje w zarobkach między lekarzami i tym, ile zarabiają w tej samej placówce, pracując przez tyle samo godzin.

Najambitniejsi z lekarzy pracują w kilku miejscach naraz, co przekłada się na gigantyczne zarobki. – Wiadomo, ich doba też ma 24 godziny, ale że nikt nie sprawdza, czy są jeszcze w gabinecie, czy już obsłużyli wszystkich pacjentów i zniknęli, więc potrafią być w kilku miejscach naraz? Dlaczego nikt nie robi o to awantury? Bo brakuje lekarzy i jak mi rzucą papierami z dnia na dzień, a ja mam kontrakt z NFZ, to leżę – opowiada „Rz” dyrektor jednego ze szpitali.

– Trzy dyżury jednocześnie? Tak, kiedyś słyszałem o takich historiach. To jest oszustwo – wskazuje dyrektor placówki.

NFZ, którego dziura budżetowa sięga ponad 20 mld zł rocznie, notorycznie nie płaci za nadwykonania – placówki muszą działać, płacić pensje, prąd, serwis maszyn.

– Kolejki, które wkurzają pacjentów i są zmorą systemu, wynikają wyłącznie z niskiego kontraktu z NFZ. Ja się pytam: co zyska pacjent, że lekarz zarobi mniej, bo rząd tak powiedział? Nic – komentuje pracownik jednego ze szpitali w dużym mieście.

– Wczoraj przyszło do mnie trzech lekarzy na kontraktach i złożyło wypowiedzenia. Z dnia na dzień. Nie płacimy im od dawna – mówi dyrektor szpitala.

Dlaczego szpitale nie płacą za pracę? Bo rzeczywiście nie mają pieniędzy.

– Mamy zajęte konta. Komornicy omijają pensje pracowników na etatach, ale dla kontraktowców już nie mamy pieniędzy, a to nie są małe sumy. Resztę zajmują za długi, które mamy wobec hurtowni farmaceutycznych, firm energetycznych, serwisantów sprzętu medycznego – wylicza jeden z szefów takiej placówki.

Długi szpitali rosną

Łączne zadłużenie szpitali w Polsce przekroczyło pod koniec marca tego roku 37 mld zł, a zobowiązania wymagalne (przeterminowane długi) wzrosły do ponad 5 mld zł. Kwoty te jednak nie pokazują skali dramatu i mizerii w publicznych szpitalach – informuje „Rzeczpospolita.”

Niespłacone długi szpitali rosną same z siebie, nie tylko z powodu odsetek. Także z powodu wymogów ustawy o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych, które wprowadziły stałą rekompensatę za koszty windykacji – od 40 do 100 euro od każdej faktury.

Zadłużone szpitale latami na masową skalę nie płacą także za pracowników składek ZUS (świadczenia pokrywają za nie wszyscy płatnicy składek ubezpieczyciela). Zadłużenie wobec ZUS szpitali, uzdrowisk, poradni wynosi już ok. 1,15 mld zł i dotyczy 525 podmiotów.

Przeczytaj także: „Fakturowy labirynt – czyli ustawa podwyżkowa, która zwiększyła tylko chaos”.

Menedzer Zdrowia linkedin

Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Aktualności
Tagi: system ochrony zdrowia szpital szpitale zadłużenie długi lekarze kontrakty umowy o pracę wynagrodzenie pensje lekarzy zarobki