Pieniądze na podwyżki czy na diagnostykę? Jak presja płacowa niszczy ochronę zdrowia
System ochrony zdrowia znajduje się pod gigantyczną presją płacową, która pochłania każdy wzrost budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia. Minister zdrowia nie jest w stanie jej sprostać. Przy braku zmian systemowych oznacza to bolesne cięcia w dostępności świadczeń. Jednak rosnąca kolejka to nie rozwiązanie – to kosztowne rolowanie problemu, który powróci ze zdwojoną siłą późnych rozpoznań i ludzkich dramatów.
Głośne pismo minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy do ministra finansów z 29 października 2025 r. jest jednym z najbardziej szczerych dokumentów, jakie wyszły z resortu w ostatnich latach. Za formalnym językiem kryje się dramat: polski system ochrony zdrowia wpadł w pułapkę własnej ustawy płacowej i ustawicznej niewydolności.
Wszystko zaczęło się od wprowadzenia w sektorze medycznym szczególnych warunków wynagrodzenia minimalnego na tle całej gospodarki. Legislator w tamtym czasie był przeciwny tworzeniu odrębnych regulacji płacy minimalnej, obawiając się podobnych żądań ze strony innych sektorów. Nie doceniając zagrożeń dla budżetu państwa, uległ jednak presji partnerów społecznych. Ustawa z 8 czerwca 2017 r. o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych powiązała pensje w placówkach medycznych z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce narodowej i stworzyła system corocznej, automatycznej waloryzacji na podstawie współczynników pracy.
Kluczowy moment nastąpił 26 maja 2022 r., gdy uchwalono nowelizację ustawy (Dz.U. 2022 poz. 1352). Wprowadziła ona nową siatkę wyższych współczynników, rozszerzyła listę objętych gwarancjami zawodów o personel działalności podstawowej oraz zlikwidowała okresy przejściowe. Ustawodawca nieprawidłowo oszacował skutki finansowe i społeczne tych przepisów. Od 2022 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej rośnie dynamicznie, osiągając skumulowany roczny wskaźnik wzrostu (CAGR) w okresie trzech lat 2022–2025 na poziomie 11,95 proc. Ten wzrost jest wyraźnie szybszy niż dynamika wpływów ze składki zdrowotnej do budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia, która w ostatnich latach wynosi zwykle 6–9 proc. rocznie. W efekcie powiększa się luka finansowa funduszu, wymagająca corocznej dotacji z budżetu państwa.
W przytoczonym powyżej piśmie minister zdrowia otwarcie wskazała skutki waloryzacji najniższych wynagrodzeń:
- Szacowana oszczędność z tytułu przesunięcia terminu wejścia w życie rekomendacji Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji z 1 lipca 2026 r. na 1 stycznia 2027 r. to ok. 6 mld zł za drugą połowę 2026 r.
- W przypadku niezmienienia ustawy szacowany koszt uwzględnienia w rekomendacji AOTMiT dla roku 2027 we wzroście cen jednostek rozliczeniowych skutków realizacji ustawy z 26 maja 2022 r. o zmianie ustawy o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych oraz niektórych innych ustaw wyniósłby ok. 6,5 mld zł.
To ogromne pieniądze, których NFZ po prostu nie ma, a minister finansów nie jest gotów ich wyasygnować.
Co zaproponowała pani minister? W jej propozycji odnajdujemy trzy główne ruchy ratunkowe:
- Przesunięcie terminów – rekomendacja AOTMiT i waloryzacja płac mają wejść w życie nie od lipca 2026 r., lecz od stycznia 2027 r.
- Zmiana wskaźnika – zamiast szybkiego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce powiązanie podwyżek z wolniejszym wskaźnikiem ze sfery budżetowej. Dzięki temu koszt w 2027 r. spadnie do około 2,7 mld zł.
- Podwyżki dla średniego personelu – minister zgadza się na podwyższenie współczynników dla grup: 5 (z 1,02 na 1,129) oraz 6 (z 0,94 na 1,09). Koszt: dodatkowe 5,2 mld zł w 2027 r.
Jednocześnie resort chciał mocno ograniczyć umowy cywilnoprawne (B2B) lekarzy poprzez: zakaz zawierania kontraktów ze spółkami, wymóg minimum pół etatu przy normalnej pracy, raportowanie do NFZ i AOTMiT wydatków na umowy B2B, zakaz procentowych stawek od przychodu szpitala oraz wprowadzenie maksymalnego poziomu wynagrodzenia.
Równolegle, by stabilizować finanse NFZ, minister przygotowała ogromny pakiet cięć – aż 10,3 mld zł oszczędności już w 2026 r. Wskazała między innymi limity na ambulatoryjną opiekę specjalistyczną (AOS), limity na badania tomografii komputerowej (TK) i rezonansu magnetycznego (RM), limity na operacje zaćmy, ograniczenie refundacji drogich leków oraz likwidację programu „Dobry posiłek w szpitalu”.
Pismo obnażyło fundamentalny problem polskiego systemu. Mamy ustawowo zagwarantowane podwyżki płac, ale nie mamy pieniędzy, żeby je sfinansować bez cięć w leczeniu. To nie była zwykła korespondencja między resortami. To diagnoza głębokiego kryzysu, którego nie dało się już dłużej ukrywać. Uchwalona w 2022 r. ustawa o tak gigantycznych, automatycznych skutkach finansowych – bez zapewnienia realnego, twardego pokrycia w budżecie państwa na kolejne lata – to bomba z opóźnionym zapłonem, która właśnie wybuchła. System zapadł się pod własnym ciężarem.
Co stało się pół roku później? Stan na 18 czerwca 2026 r.
Żadna z trzech kluczowych propozycji z pisma nie została wprowadzona. Ministerstwo Zdrowia po negocjacjach ze związkami zawodowymi i w Trójstronnym Zespole do spraw Ochrony Zdrowia całkowicie wycofało się z tych rozwiązań:
- Waloryzacja najniższych wynagrodzeń nadal odbywa się od 1 lipca 2026 r. zgodnie ze starą zasadą (wzrost o mniej więcej 8,82 proc. na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego).
- Mechanizm waloryzacji nie został zmieniony – wciąż opiera się na dynamicznym wskaźniku przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej.
- Współczynniki pracy dla grup piątek i szóstej pozostały bez zmian.
Propozycje oszczędnościowe i ograniczenia B2B lekarzy także nie weszły w życie w proponowanym kształcie. System nadal działa „po staremu”.
Równoległe działania
W makroekonomii zdrowotnej obowiązuje brutalna zasada: jeśli nie są dokładane pieniądze z zewnątrz, a jedna grupa dostaje znacznie więcej, to innej grupie trzeba te środki po prostu odebrać. Budżet musi się zgadzać. Dlatego minister zdrowia równolegle i bardzo świadomie szykowała pole do cięć w świadczeniach diagnostycznych. Przygotowywano grunt pod realne ograniczenie dostępności najpopularniejszych badań – rezonansu magnetycznego (RM) i tomografii komputerowej (TK) – uzasadniając to nadmiernym wzrostem liczby procedur oraz troską o bezpieczeństwo pacjenta.
Jesienią 2025 r., dokładnie w tym samym czasie, gdy pisała do ministra finansów o pakiecie oszczędnościowym na ponad 10 mld zł (w tym 1260 mln zł z „wprowadzenia limitów diagnostyki TK, RM”), jej resort poprzez AOTMiT wydał dokumenty, które bezpośrednio obniżyły wyceny rutynowych badań obrazowych.
19 listopada 2025 r. prezes AOTMiT opublikował obwieszczenie w sprawie nowych taryf. 30 grudnia 2025 r. prezes NFZ podpisał Zarządzenie numer 103/2025/DSOZ, które od 1 stycznia 2026 r. zmieniło wycenę punktową 22 istniejących procedur rezonansu magnetycznego w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej.
Największe cięcia dotknęły badań, które w 2024 r. stanowiły prawie 70 proc. całego wolumenu w AOS:

Z perspektywy płatnika publicznego tak głębokie obniżki wycen mogły być ekonomicznie zrozumiałe. Jednak ich kalkulacja została oparta na danych historycznych wolumenu badań, a nie na realnych skutkach nadchodzących cięć w finansowaniu świadczeń ponadkontraktowych, co już wkrótce postawi placówki medyczne w skrajnie trudnej sytuacji finansowej.
Problem – analiza AOTMiT traci aktualność przy limitach NFZ
Kluczową wadą raportu AOTMiT jest brak analizy wrażliwości rynku na spadek wolumenu o 20–40 proc. Autorzy spodziewali się ciągłości warunków realizacji świadczeń, gdy tymczasem z cytowanego pisma minister zdrowia znane już były możliwe dalsze działania regulacyjne. Gdy NFZ wprowadza limity lub inne mechanizmy ograniczające wolumen, analiza AOTMiT w dużej mierze przestaje być aktualna. Koszty stałe nie spadają proporcjonalnie. Te same nakłady must zostać rozłożone na mniejszą liczbę procedur, co oznacza, że koszt jednostkowy realnie rośnie.
W efekcie:
- rutynowe badania stają się nierentowne lub wręcz generują stratę,
- placówki albo ograniczają ich wykonywanie, albo muszą „dopłacać” z innych obszarów,
- jedynie badania specjalistyczne (serce, spektroskopia, wielofazowe) zachowują sens ekonomiczny.
Porterowskie podejście, że można grać siłą nabywczą w relacji z oczekiwaniami płacowymi lekarzy, jest w tym wypadku całkowicie chybione. To klasyczny przykład teoretycznej optymalizacji kosztów (AOTMiT) w zderzeniu z rzeczywistością kontraktową (limity NFZ). Bo jak można obciąć wycenę z powodu masowości, a dosłownie chwilę później wprowadzać limity, które tej masowości zakazują? Kryje się w tym podstawowa logiczna sprzeczność.
Spójny plan i jego skutki
Minister zdrowia nie czekała biernie na brak pieniędzy. Równolegle uruchomiła dwa uzupełniające się mechanizmy: obniżenie taryf punktowych najpopularniejszych badań RM/TK oraz przygotowanie limitów i degresji w kontraktach NFZ.
To nie jest „drobna optymalizacja”. To powrót limitów tylnymi drzwiami, tylko tym razem Narodowy Fundusz Zdrowia sprytnie przerzucił całą odpowiedzialność za ich egzekwowanie na szpitale i prywatne pracownie diagnostyczne.
Od 1 kwietnia 2026 r. za każde badanie TK lub RM wykonane ponad wartość kontraktu Fundusz płaci zaledwie 50 proc. nominalnej stawki (degresywna stawka wprowadzona Zarządzeniem numer 34/2026/DSOZ Prezesa NFZ). Rozliczenie i zapłata za te nadwykonania następuje dopiero po zakończeniu r. obrachunkowego – w praktyce często dopiero w 2027 r.
Tymczasem placówka muszą ponosić wszystkie koszty natychmiast i w pełnej wysokości:
- wynagrodzenia personelu,
- środki kontrastowe i inny asortyment medyczny,
- serwis sprzętu,
- energię oraz inne koszty stałe.
Oczekiwanie regulatora, że wskutek presji finansowej lekarze diagności zgodzą się znacznie ograniczyć swoje wynagrodzenia w obawie przed utratą pracy, jest dowodem niesłychanego złudzenia. Oczywiście w imię współpracy i odpowiedzialności za pacjenta możliwe są pewne ruchy w zakresie stawek za opisy, ale nie takie, które kompensowałyby tak znaczną stawkę degresywną – nawet po „rozmyciu” tej degresji na cały wolumen badań.
Stawka degresywna 50 proc. nie pokrywa kosztów zmiennych. W efekcie placówki mają dwa wyjścia:
- ograniczać liczbę badań do limitu (to właśnie robią od kwietnia),
- „dopłacać” z innych obszarów (jeśli nimi dysponują) – co osłabia funkcjonowanie całej jednostki.
W takiej sytuacji dalsze wykonywanie diagnostyki ponad kontrakt staje się dla większości podmiotów po prostu nieopłacalne lub wręcz generuje stratę. NFZ nie musi już wprowadzać twardych, formalnych limitów – wystarczy, że placówki same zaczęły odmawiać pacjentom, bo nie stać ich na dalsze kredytowanie budżetu państwa. Z perspektyw polityki komunikacyjnej urzędu procedury pozostają dostępne. To jednak poszczególni dyrektorzy placówek muszą spojrzeć pacjentom w oczy. Cała frustracja społeczna ląduje na pracownikach rejestracji, a nie na politykach, którzy wprowadzili te zasady gry.
Ten sam mechanizm NFZ zamierzał wprowadzić również w odniesieniu do operacji usunięcia zaćmy – jednego z najlepiej uregulowanych obszarów w polskim systemie ochrony zdrowia. Obowiązują tu bardzo rygorystyczne kryteria kwalifikacyjne oraz mierniki jakości, które praktycznie wykluczają nadmiarowe operacje.
Jak zapowiedział 19 kwietnia 2026 r. wiceprezes funduszu Jakub Szulc w rozmowie z Onetem, za zabiegi usunięcia zaćmy wykonane ponad ustalony limit fundusz będzie płacił nie w 100 proc., lecz w niższej wysokości, a rozliczenie nastąpi dopiero na koniec roku obrachunkowego.
W obliczu krytyki kilka dni później prezes NFZ Filip Nowak przyznał, że choć na razie nie planuje nominalnego obniżenia wyceny operacji zaćmy, to stwierdził: „myślę, że to przed nami”. Opowiedział się również za nielimitowanymi świadczeniami, ale z jasnymi zasadami degresji ceny, uwzględniającymi zarówno koszty stałe, jak i zmienne – w tym wynagrodzenia personelu medycznego zatrudnionego na umowach cywilnoprawnych (B2B).
Populizmem jest ustalanie nielimitowości bez korekt we wszystkim przy limitowanym budżecie płatnika” – przekonywał Filip Nowak. To akurat wydaje się słuszne, jednak realizować tę zasadę trzeba w taki sposób, by cena zmierzała w stronę kosztów krańcowych, a nie ucinała skokowo dostępność świadczeń, jak w przypadku diagnostyki obrazowej.
Jeszcze ostrzej o źródle całego problemu wypowiedział się wiceprezes NFZ Jakub Szulc podczas panelu na Europejskim Kongresie Gospodarczym, a także z rozmowie z PAP. Nazwał ustawę płacową z 2022 r. „killerem dla polskiego systemu ochrony zdrowia”.
– Ustawa o sposobie ustalania minimalnego wynagrodzenia jest killerem dla polskiego systemu ochrony zdrowia z tego powodu, że nie zostały zapewnione środki na jej realizację – powiedział wprost.
Wiceprezes NFZ Jakub Szulc nie tylko w pełni potwierdza diagnozę zawartą w piśmie minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy, ale publicznie ją powtarza i wzmacnia, używając znacznie ostrzejszego języka. Zarówno minister zdrowia, jak i najwyższe kierownictwo NFZ wskazują więc dokładnie na to samo źródło kryzysu: nowelizację z 26 maja 2022 r. przyjętą bez realnego pokrycia w budżecie funduszu.
Oficjalne uzasadnienie cięć w diagnostyce obrazowej przedstawiła również wiceminister zdrowia Katarzyna Kacperczyk. Według niej obecne ograniczenia (w tym 50-procentowa degresja za badania ponad limit) to nie zwykłe oszczędności, lecz świadoma reforma: „Przechodzimy z systemu ilościowego na rzecz jakości”. Wiceminister Katarzyna Kacperczyk podkreśliła, że zwiększanie liczby badań bez przełożenia na efekt zdrowotny nie ma sensu, a tam, gdzie procedury przynoszą konkretną korzyść dla pacjenta, będą nadal finansowane w 100 proc. Wyjaśniła, że powszechne wdrożenie rozwiązań odczuwalnych dla pacjentów i świadczeniodawców przewidziane jest w ciągu 12 miesięcy.
Zupełnie inną ocenę przedstawił jednak prezes AOTMiT Daniel Rutkowski podczas panelu na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach. Stwierdził on wprost, że polski system nie jest jeszcze na tyle dojrzałym systemem, żeby całkowicie przejść na finansowanie związane z jakością leczenia i że na pewno nie możemy w pełni przejść na całkowite uzależnienie finansowania od jakości. Brakuje bowiem odpowiednich mierników i danych o rzeczywistych efektach zdrowotnych.
W ten sposób twarde cięcia finansowe zostały opakowane w pozytywny, reformatorski język, podczas gdy nawet instytucja bezpośrednio podległa Ministerstwu Zdrowia uznaje takie podejście za w dużej mierze deklaratywne. To wewnętrzna sprzeczność w samym centrum zarządzania naszym zdrowiem.
Efekty wprowadzenia limitów tylnymi drzwiami
Dla pacjentów oznacza to przede wszystkim dłuższe kolejki i opóźnioną diagnostykę. Kolejki, które po zniesieniu limitów w 2021 r. wyraźnie się skróciły, znów zaczęły się wydłużać. W przypadku badań rezonansu magnetycznego w trybie stabilnym średni czas oczekiwania na badanie w kraju w okresie od 4 kwietnia do 16 czerwca 2026 r. wzrósł ze 103 dni do 137 dni (mediana wzrosła z 76 dni do 113 dni).
Rysunek 1. Czas oczekiwania na badanie (średnia) – przypadek stabilny [analiza własna]

W trybie pilnym w tym samym okresie średni czas oczekiwania na badanie w kraju wzrósł z 72 dni do 94 dni (mediana wzrosła z 42 dni do 72 dni).
Rysunek 2. Czas oczekiwania na badanie (średnia) – przypadek pilny [analiza własna]

Wzrost długości kolejki w poszczególnych województwach nie jest równomierny. Największe pogorszenie terminów w przypadku badań stabilnych obserwujemy w województwach:
- świętokrzyskim – średni czas oczekiwania wzrósł o 75 dni,
- zachodniopomorskim – średni czas oczekiwania wzrósł o 73 dni,
- pomorskim – średni czas oczekiwania wzrósł o 69 dni.
W przypadku badań pilnych czas oczekiwania najbardziej wydłużył się w województwach:
- małopolskim – o dodatkowe 64 dni,
- zachodniopomorskim – o dodatkowe 57 dni,
- śląskim – o dodatkowe 50 dni.
Dostępność rezonansu magnetycznego jest zatem w Polsce bardzo nierówna. Najkrótszy średni czas oczekiwania na badanie odnotowano w województwie mazowieckim (78 dni – badanie stabilne, 53 dni – badanie pilne), podczas gdy:
- w województwie zachodniopomorskim średni czas oczekiwania w trybie stabilnym wynosi 251 dni, a w trybie pilnym 167 dni,
- w województwie pomorskim średni czas oczekiwania w trybie stabilnym wynosi 221 dni, a w trybie pilnym 147 dni,
- w województwie śląskim średni czas oczekiwania w trybie stabilnym wynosi 195 dni, a w trybie pilnym 153 dni.
Województwami, które w tym okresie skróciły obie kolejki, są: kujawsko-pomorskie, lubuskie i opolskie.
Rysunek 3. Wzrost czasu oczekiwania w dniach na badanie w okresie pomiędzy 4 czerwca 2026 r. a 15 czerwca 2026 r.
[analiza własna]

Mając na uwadze utrzymujący się trend, w wyniku ekstrapolacji autorka przewiduje na 1 września 2026 r. średni czas oczekiwania w kraju na poziomie:
- 145 dni – badanie stabilne,
- 103 dni – badanie pilne.
Oznacza to, że pacjent zapisujący się w tamtym momencie może otrzymać termin:
- 13 grudnia 2026 r. w przypadku badania pilnego,
- 23 stycznia 2027 r. w przypadku badania stabilnego.
Zauważyć należy jednak, że są już miejsca w kraju, gdzie czas oczekiwania na badanie oscyluje na poziomie około 500 dni. Jeśli nic się nie zmieni, pacjent na diagnostykę będzie czekać ponad półtora roku.
Zastosowanie ekstrapolacji do prognozowania czasu oczekiwania wymaga uwzględnienia zjawiska nasycenia (saturacji), które w modelach matematycznych i ekonometrycznych oznacza zbliżanie się wartości do określonej granicy, zwanej asymptotą poziomą. W systemach społeczno-ekonomicznych rzadko mamy do czynienia z nieograniczonym wzrostem o stałej dynamice. Zjawisko „nasycenia” wykresu w tym kontekście można opisać jako naturalny punkt, w którym tempo przyrostu kolejki wyhamowuje, mimo że problem braku finansowania nadal występuje.
Na efekt nasycenia wpływają następujące kluczowe czynniki:
- migracja do sektora prywatnego – pacjenci dysponujący środkami finansowymi rezygnują z kolejki NFZ na rzecz badań komercyjnych,
- odstąpienie od diagnostyki – część pacjentów, zniechęcona długimi terminami, całkowicie rezygnuje z badania,
- efekt biologiczny i śmiertelność – najciężej chorzy mogą nie dożyć wyznaczonego terminu, co „usuwa” ich z list oczekujących,
- zmniejszenie liczby wystawianych skierowań – w wyniku rosnącej restrykcyjności następuje szersze zastosowanie alternatywnych metod diagnostycznych przed kwalifikacją do rezonansu magnetycznego,
- punktowe zwiększenie wartości kontraktu – jako odpowiedź na rosnące niezadowolenie społeczne i środowiska medycznego.
Wybór ekstrapolacji logarytmicznej do prognozowania czasu oczekiwania wobec powyższego zjawiska nasycenia wydaje się w ocenie autorki rozwiązaniem najlepiej szacującym nadchodzące wydarzenia.
Dyskusja skutków
Omawiane decyzje minister zdrowia i instytucji jej podległych rodzą ważne pytanie o długoterminowe skutki takiego makroekonomicznego sterowania zdrowiem. Skutek medyczny jest oczywisty: późniejsze wykrywanie nowotworów, udarów, zmian neurologicznych i chorób ortopedycznych. Im późniejsza diagnoza, tym gorsze rokowanie i dłuższe, droższe leczenie w stadium zaawansowanym. To klasyczne przesuwanie problemu na później z gwarancją, że powróci on z wyższym rachunkiem.
Choć minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda wielokrotnie w wywiadach i wystąpieniach podkreślała, że badania onkologiczne i badania dla dzieci, badania profilaktyczne są w 100 proc. płacone przez Narodowy Fundusz Zdrowia, to w praktyce profilaktyka i diagnostyka obrazowa są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Gdy szpitale i poradnie masowo ograniczają dostęp do TK i RM – w efekcie realnie utrudnia się wczesne wykrywanie chorób. To z kolei osłabia cały sens programów przesiewowych. Dlatego stanowisko minister, że profilaktyka nie jest w niczym ograniczona, choć poprawne w wąskim, formalnym sensie, w obliczu obecnego uszczuplania dostępności brzmi dla pacjentów i lekarzy jak abstrakcja.
Na szczególnie bulwersujący aspekt problemu zwrócił uwagę dr Jakub Kosikowski, onkolog i rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej. Wskazał, że pacjenci onkologiczni posiadający kartę DiLO są co prawda wyłączeni z mechanizmu degresji w trakcie aktywnego leczenia, jednak po jego zakończeniu – w okresie monitorowania i kontroli wznowy – tracą to uprawnienie i wpadają w standardowe limity oraz kolejki.
W ogniu krytyki Ministerstwo Zdrowia zareagowało. 2 czerwca 2026 r. resort poszerzył katalog wskazań wyłączonych z mechanizmu degresji, obejmując nim również pacjentów po zakończeniu aktywnego leczenia onkologicznego, którzy wymagają okresowej kontroli w kierunku wznowy.
Należy jednak jasno podkreślić, że formalnie zawsze istniała możliwość ponownego włączenia pacjenta do ścieżki onkologicznej poprzez wystawienie karty DiLO. Problem nie leży więc w braku formalnego narzędzia, lecz w jego etycznej i psychologicznej cenie. Wymaganie od osoby, która z sukcesem zakończyła terapię nowotworową, aby ponownie formalnie wróciła do grupy onkologicznej tylko po to, by wykonać kontrolne badanie TK lub RM, jest dla wielu pacjentów głęboko obciążające i stygmatyzujące.
Czy włączenie ich do uprzywilejowanej grupy razem z pacjentami w trakcie aktywnego leczenia rozwiązuje ten dylemat etyczny? Raczej nie. Pacjent, który wygrał z chorobą, jest nagle ponownie oznaczany jako „onkologiczny”, co niesie realne konsekwencje psychologiczne – nawet jeśli formalnie ma zagwarantowany dostęp do badań.
Krótkoterminowo NFZ oszczędza, ale koszty społeczne są wysokie. Długoterminowo koszty finansowe natomiast wzrosną – przełoży się to na więcej hospitalizacji, droższe leczenie powikłań i większe obciążenie SOR-ów. Polska i tak znajduje się poniżej średniej Unii Europejskiej pod względem liczby badań rezonansu magnetycznego na 100 000 mieszkańców. Ten dystans właśnie się powiększa.
Fizyka medyczna narzuca więzy
Pojawia się również pytanie, czy NFZ w wyniku kontroli przeprowadzonych w marcu i kwietniu 2026 r. ujawnia jedynie systemowe nieprawidłowości w rozliczaniu rezonansu magnetycznego i tomografii komputerowej, racjonalizując przy tym finansowanie, czy też przynajmniej częściowo ignoruje realia medyczne i fizyczne wykonywania tych badań?
Fundusz stwierdził, że w ponad 8,2 tys. spośród około 12 tys. skontrolowanych przypadków pacjenci wymagający diagnostyki kilku odcinków kręgosłupa byli kierowani na kilka oddzielnych wizyt w bliskich terminach, często na podstawie odrębnych skierowań. W praktyce – jak podkreśla NFZ – takie badanie powinno być wykonane jednorazowo, na jednym skierowaniu, co pozwoliłoby objąć kilka obszarów jednocześnie. Kontrola wykazała, że praktyka dzielenia procedur zawyżyła koszty o ponad 1 mln zł przy łącznej kwocie rozliczeń rzędu 4,9 mln zł. Uzasadnieniem wprowadzonych przez NFZ zmian – degresywnego finansowania nadwykonań od 1 kwietnia 2026 r. – było właśnie uporządkowanie tych nieprawidłowości i walka z nieuzasadnionym zawyżaniem kosztów.
Stanowisko to spotkało się jednak z ostrą krytyką środowiska lekarskiego. 25 kwietnia 2026 r. rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej, dr Jakub Kosikowski, opublikował na platformie X komentarz, w którym wprost wskazał na sprzeczność uzasadnienia Ministerstwa Zdrowia z podstawowymi zasadami fizyki medycznej i bezpieczeństwa pacjenta.
– Zdaniem ekspertów radiologów, którzy zajmują się na co dzień rezonansem magnetycznym, uzasadnienie MZ dla limitowania liczby badań RM jest… sprzeczne z zasadami fizyki. Długość cewek w aparatach 1.5T pozwala na 30 cm obrazu, w 3T na 25 cm – stąd, o ile nie jesteś noworodkiem, nie zrobi się całego kręgosłupa na raz. Współczynnik SAR dla badania spowoduje, że aparat będzie sam wydłużał badanie, by nie ugotować pacjenta. Pomijając to, który pacjent wyleżałby 3 godziny w aparacie – napisał.
Warto wyjaśnić wagę tego wskaźnika. Współczynnik SAR (ang. Specific Absorption Rate – właściwa szybkość absorpcji mocy) jest kluczowym parametrem bezpieczeństwa w badaniach rezonansem magnetycznym. Określa on ilość energii elektromagnetycznej z fal radiowych, jaką tkanki pacjenta absorbują na kilogram masy ciała (wyrażany w watach na kilogram – W/kg).
Im większa objętość ciała jest skanowana jednocześnie (np. cały kręgosłup), tym wyższy jest SAR. Aparat MRI ma ściśle określone, nieprzekraczalne limity tego parametru (zgodnie z normami międzynarodowymi IEC 60601-2-33). Gdy system wykryje, że planowane parametry mogą spowodować nadmierne nagrzanie tkanek, automatycznie wydłuża czas badania, zmniejsza moc impulsów RF lub modyfikuje sekwencje. W efekcie zamiast skrócenia czasu skanowania przez „zrobienie wszystkiego na raz”, dochodzi do jego znaczącego wydłużenia – w praktyce nawet do 2,5–3 godzin. Tego typu rozległe protokoły są więc nie tylko technicznie niemożliwe ze względu na ograniczenia cewek, ale także niebezpieczne i nieefektywne z punktu profesjonalnej fizyki medycznej oraz komfortu pacjenta.
Należy wziąć pod uwagę także głos chorych i lekarzy klinicznych. Często sami pacjenci protestują przeciwko jednorazowemu badaniu kilku okolic anatomicznych, ponieważ zdają sobie sprawę, że z powodu bólu nie są w stanie leżeć bez ruchu przez czas potrzebny na dwa lub trzy skany. Proszą o rozbicie diagnostyki na kilka terminów. Wykonanie badania w jednym terminie jest więc zasadne z punktu widzenia NFZ, ale dla pacjenta i lekarza klinicysty badanie poruszone lub przerwane ma znacznie ograniczoną wartość diagnostyczną i często wymaga powtórzenia.
Ponadto w przypadku badań z kontrastem wykonanie kilku okolic anatomicznych w jednym podejściu jest często technicznie niemożliwe. Są to procedury celowane na jedną okolicę, a cewka obejmuje konkretny obszar. Sekwencje pokontrastowe – zwłaszcza dynamiczne – nie pozwalają na równoczesne skanowanie kilku rejonów ze względu na ograniczenia techniczne urządzeń, pomimo że w katalogu świadczeń NFZ istnieją odpowiednie kody. Należy także pamiętać, że okno diagnostyczne dobrego wzmocnienia wynosi zazwyczaj 10–30 minut (w zależności od okolicy i protokołu). W praktyce oznacza to, że jeśli zaczniemy badać jedną okolicę zaraz po podaniu kontrastu, to przy próbie skanowania kolejnej, odległej części (np. szyjnego i lędźwiowego odcinka kręgosłupa) w tym samym posiedzeniu, druga okolica może być obrazowana już ze znacznie osłabionym wzmocnieniem kontrastowym. Dlatego w wielu przypadkach klinicznych (np. podejrzenie zmian nowotworowych, stany zapalne, ocena perfuzji) preferuje się osobne badania z osobnym podaniem kontrastu, aby zachować maksymalną wartość diagnostyczną.
Podsumowując, próba robienia wszystkiego naraz w badaniach z kontrastem koliduje z ograniczeniami SAR i długości cewek, a także z farmakokinetyką samego środka kontrastowego oraz ograniczeniami technicznymi aparatów. W efekcie kontrola NFZ, choć słuszna w walce z nadużyciami, odsłania głębszy problem: próba racjonalizacji finansowej zderza się z fizycznymi i klinicznymi ograniczeniami diagnostyki obrazowej. Bez uwzględnienia obu stron konfliktu realna poprawa dostępności i jakości badań może pozostać tylko na papierze.
Konkluzja
Opisany mechanizm obnaża, jak niebezpieczne jest tworzenie sztywnych zobowiązań finansowych w ustawach bez zapewnienia źródeł ich pokrycia i bez pełnej analizy skutków. Pieniądze na podwyżki płac personelu medycznego, o których minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda pisała już w piśmie z października 2025 r., są w praktyce „wydobywane” z diagnostyki obrazowej i najczęstszych zabiegów – tam, gdzie pacjent najrzadziej protestuje głośno i szybko.
To nie jest incydent ani doraźna oszczędność. To przemyślana, systemowa strategia radzenia sobie z konsekwencjami ustawy płacowej z 2022 r. Zamiast podjąć trudną, ale konieczną debatę o zmianie mechanizmu waloryzacji płac lub realnym zwiększeniu finansowania ochrony zdrowia, władza wybrała najłatwiejszą drogę – ciche, „miękkie” ograniczenie dostępności do leczenia. W ten sposób dramatyczna dziura płacowa w ochronie zdrowia jest łatana kosztem pacjentów. I to właśnie pacjenci – a nie urzędnicy ani politycy – poniosą najcięższe konsekwencje tej polityki.
Nasuwa się więc pytanie: Jeżeli obecny trend odcinania funduszy na diagnostykę i leczenie się utrzyma, do czego my właściwie dojdziemy?
Post scriptum
W ostatnim czasie coraz głośniej jest o kolejnym elemencie tej układanki. Pracownie diagnostyki obrazowej zaczynają otwarcie oferować te same badania komercyjnie, za pełną odpłatnością. Wprowadzane są programy „na raty 0 proc.” itp., zachęcające pacjentów, by po prostu zapłacili sami. Pojawiają się zatem głosy o świadomej, bezwzględnej prywatyzacji ochrony zdrowia. Moim zdaniem to jednak zbyt daleko idące określenie, jeśli traktujemy je jako ostateczny cel. Bardziej prawdopodobne jest inne wyjaśnienie: prywatyzacja nie jako cel, lecz jako środek. Jest to po prostu sposób na stabilizację budżetu NFZ bez podnoszenia składki zdrowotnej i bez otwartej podwyżki podatków. Skoro nie da się publicznie sfinansować wszystkich potrzeb, państwo po prostu otwiera tylne drzwi i mówi pacjentowi: „chcesz szybko i bez kolejki – zapłać albo weź kredyt”.
W ten sposób dramatyczna luka płacowa i rosnące koszty systemu są łatane nie tylko poprzez ograniczanie dostępności, ale także kosztem stopniowego przenoszenia ciężaru finansowego na barki samych pacjentów.
Tekst Emilii Kowalczyk, fizyka medycznego, absolwentki studiów podyplomowych Executive Master of Business Administration w ochronie zdrowia prowadzonych przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie i Warszawski Uniwersytet Medyczny, doświadczonej menedżerki ochrony zdrowia, członka rady Fundacji dla Wartości Publicznej i dyrektor zarządzającej sieci diagnostyki obrazowej Aura Medic.

