To ma być apolityczne ministerstwo
– Chcę, żeby resort zdrowia był apolityczny, a także mam mieć możliwość rozmawiania o rozwiązaniach dla pacjentów z otoczeniem prezydenta. To nam się udaje – mówi minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, oceniając rok pracy przy ul. Miodowej i zapowiadając zmiany w systemie.
- Jolanta Sobierańska-Grenda przed objęciem szefostwa w resorcie rozmawiała z premierem o konieczności odpolitycznienia resortu. – Po roku widzę, że to jedyne rozwiązanie pozwalające skupić się na pacjencie, a nie na układach partyjnych – stwierdza
- Jest współpraca z prezydentem. – Rozmawiamy ponad podziałami. Fakt, że pan prezydent podpisuje nasze ustawy, świadczy o tym, że przestrzeń do merytorycznej dyskusji przynosi realne efekty – komentuje
- Koniec z patologiami w szpitalach. – Przez lata wiedzieliśmy o tak zwanej turystyce walizkowej i absurdalnie wysokich kontraktach. Otrzymaliśmy impuls, by wreszcie ukrócić te praktyki – mówi szefowa resortu
- Limit 240 zł za godzinę? – To granica, która przy jednym etacie daje do 40 tys. zł brutto miesięcznie. Większość kadry pracuje za mniejsze stawki – to dobra i godna płaca – ocenia
- Publikujemy rozmowę z minister zdrowia Jolantą Sobierańską-Grendą
Rozmawiamy rok od konferencji prasowej premiera Donalda Tuska, podczas której ogłosił, że obejmuje pani kierownictwo resortu zdrowia. Wtedy zarówno premier, jak i pani w wywiadach mówiliście o konieczności odpolitycznienia tego ministerstwa. Czy po roku i po wszystkich trudnych sytuacjach, z którymi musiała się pani zmierzyć, nadal uważa pani, że apolityczność pomaga skutecznie zarządzać ochroną zdrowia?
Zdecydowanie tak. Upłynął rok, a dla mnie polityka zdrowotna pozostaje jedyną właściwą polityką. Taka będzie w celach, które realizuję, i tym kieruję się przy podejmowaniu decyzji.
Przez ostatni rok drzwi Ministerstwa Zdrowia były otwarte dla samorządowców, właścicieli szpitali czy dyrektorów – niezależnie od ich przynależności partyjnej. Patrzyliśmy na to, co chcą osiągnąć w regionie i jakie propozycje mają przynieść korzyść pacjentom.
Bilans ustaw podpisanych przez pana prezydenta świadczy o tym, że przestrzeń do rozmów pozbawionych zabarwienia politycznego przynosi konkretne efekty. Nasze kontakty z prof. Piotrem Czauderną, odpowiedzialnym za politykę zdrowotną w Radzie ds. Ochrony Zdrowia przy Prezydencie RP, również pokazują, że potrafimy rozmawiać ponad podziałami. To jedyne rozwiązanie pozwalające wypracować długofalową strategię zogniskowaną przede wszystkim na pacjencie.
Pan premier w ciągu tego roku kilkukrotnie podkreślał, że takie były nasze ustalenia podczas pierwszej rozmowy. Po pierwsze, to ma być apolityczne ministerstwo. Po drugie, chcę mieć możliwość rozmawiania z otoczeniem prezydenta o rozwiązaniach najlepszych dla pacjentów. I to się udaje.
Wiem, że to nowa sytuacja – zarówno w systemie, jak i w samym resorcie. Gdy spojrzymy z perspektywy poprzednich ministrów zdrowia mających zaplecze polityczne lub reprezentujących konkretne partie, zobaczymy, że nie zawsze udawało im się realizować własne inicjatywy. Niezależnie od tego, jak silne mieli poparcie partyjne, czasami po prostu nie uzyskiwali akceptacji dla proponowanych rozwiązań. Tymczasem nasze ustawy zyskują uznanie także po stronie prezydenta.
Nie da się jednak uciec od polityki, ponieważ ochrona zdrowia jest przez społeczeństwo i polityków postrzegana jako temat w dużej mierze polityczny. Obecnie mówi się, że elektorat będzie decydował w nadchodzących wyborach parlamentarnych przez pryzmat tego, co dzieje się w tym sektorze. Czy ta formuła apolityczności nie jest poniekąd pustym hasłem, skoro ochrona zdrowia i tak pozostaje domeną polityki?
Przede wszystkim rozdrobnienie struktury właścicielskiej szpitali to czysta polityka. Mowa tu o samorządach szczebla powiatowego, gminnego czy wojewódzkiego, gdzie władzę sprawują większości wybrane w wyborach.
W Polsce działa kilkaset szpitali mających różnych organów prowadzących i zróżnicowane barwy polityczne w poszczególnych samorządach. To na pewno utrudnia patrzenie na ochronę zdrowia z perspektywy ponadpartyjnej.
Ważne jest jednak dla mnie to, że mogę rozmawiać ze wszystkimi marszałkami i starostami, niezależnie od ich opcji politycznej. Tym bardziej że wyznaję zasadę – towarzyszącą mi przez całe ostatnie dwanaście miesięcy – że to w regionach tkwi siła do tworzenia spójnej sieci szpitali odpowiadających potrzebom mieszkańców.
Mam za sobą bardzo wiele spotkań z konwentem marszałków oraz indywidualnych rozmów. Byłam w różnych województwach i znam podejmowane tam inicjatywy. Z dużą satysfakcją mogę powiedzieć, że pojawiają się projekty, w których ludzie nie patrzą na legitymacje partyjne. Widzą, że ochrona zdrowia nie kończy się na granicach jednego powiatu czy województwa, lecz wymaga współpracy ponadregionalnej. To ogromny plus.
Ponadto, jeśli rozmawiamy o profilaktyce czy inwestycjach realizowanych ze środków KPO – tam również polityka nie gra roli. To dzieje się bezpośrednio w szpitalach i jest niezależne od tego, kto jest ich właścicielem. To dobry kierunek i mam nadzieję, że konsekwentnie będziemy realizowali politykę zdrowotną ponad podziałami.
Zdrowie stało się priorytetem, a fakt, że bezpieczeństwo zdrowotne jest dla Polaków kluczowe, stanowi dla mnie bardzo dobrą wiadomość. W sektorze ochrony zdrowia pracuję od ponad 20 lat i wiem, że w momencie choroby czy zagrożenia życia wszelkie dyskusje populistyczne czy polityczne schodzą na dalszy plan. Człowiek oczekuje wtedy po prostu pomocy w szpitalu i profesjonalizmu ze strony personelu. Tam emocje polityczne nie mają już znaczenia.
Kiedy obejmowała pani kierownictwo resortu, w mediach opisywano panią jako fachowca i osobę z dużym doświadczeniem w branży. Co, mimo tej wiedzy, zaskoczyło panią w systemie? Czego się pani nie spodziewała?
Wokół samego Ministerstwa Zdrowia jest bardzo dużo emocji. Inaczej niż w regionach, gdzie rozmawiamy o konkretnych procesach.
Resort zajmuje się wieloma obszarami, o których na co dzień się nie pamięta, bo uwaga skupia się na Narodowym Funduszu Zdrowia lub na bieżącej polityce. Tymczasem w ministerstwie toczy się wiele działań dotyczących profilaktyki, polityki lekowej czy programów realizowanych we współpracy z organizacjami pacjentów. Istnieje też cała sieć agencji i instytucji współpracujących z resortem.
W sierpniu ubiegłego roku zorganizowaliśmy w Ministerstwie Zdrowia spotkanie z dyrektorami instytutów i szefami agencji. Kiedy usiedli przy jednym stole i przyznali, że spotykają się w tym gronie po raz pierwszy, a ich działania bywają powielane, bo nie znają nawzajem swoich misji – byłam zaskoczona. Dla mnie współpraca z interesariuszami w regionie była czymś całkowicie naturalnym. Cieszę się, że zrobiliśmy w tej kwestii postęp, rozmawiamy ze sobą i ściśle współpracujemy.
Powiedziała pani, że nie wszystko, co robi resort, jest widoczne. Jednak działania Ministerstwa Zdrowia z ostatnich tygodni były podawane szczegółowej analizie. Wszyscy czekali na efekty pracy pani oraz prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia po słynnym ultimatum premiera, który oczekiwał konkretnych, satysfakcjonujących propozycji zmian. Jak wyglądały te cztery dni, kiedy musiała pani sprostać oczekiwaniom szefa rządu? Po zaprezentowaniu pakietu reform i zrobieniu nowego otwarcia nasuwa się pytanie: co w takim razie działo się przez cały miniony rok?
Jeżeli przyjrzymy się zaprezentowanemu na konferencji pakietowi zmian i zestawimy go z tym, co komunikowałam jesienią po objęciu stanowiska, widać dużą spójność.
Już wtedy wskazywaliśmy na kwestię wynagrodzeń w ochronie zdrowia i rozmawialiśmy o rekomendowanym udziale procentowym płac personelu w budżetach szpitali. Nad tymi rozwiązaniami pracowaliśmy przez ostatnie miesiące. Przygotowywaliśmy również wdrożenie e-rejestracji.
W zaprezentowanym pakiecie znajduje się przyspieszenie – z czterech do dwóch lat – możliwości rejestrowania się przez Internetowe Konto Pacjenta. Skracamy ten czas, ponieważ rozwiązanie się sprawdziło. Zapewniam, że do końca 2027 r. udostępnimy zapisy do 39 specjalistów w ramach tej aplikacji. Ten pakiet to dla mnie także realny wpływ na transparentność przepływu środków publicznych i większa nad tym kontrola.
Odpowiadając na pytanie o cztery dni, odpowiem tak: poczułam ogromną satysfakcję, że projekty i koncepcje procedowane w Ministerstwie Zdrowia mogłam przekuć w konkretne propozycje oraz akty prawne.
Przez 12 miesięcy analizowałam pracę NFZ i AOTMiT oraz przyglądałam się danym, jakimi dysponuje resort.
Stąd wzięła się chociażby zmiana charakteru pracy Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Chciałabym, aby agencja – dysponując tak potężną bazą danych – wykazywała się większą inicjatywą, a nie działała jedynie reaktywnie na zlecenia ministra zdrowia.
Jednocześnie nasze propozycje zmierzają do tego, by zbierać jeszcze więcej informacji, wykluczając domysły, że o czymś nie wiemy. Niedługo uzyskamy dostęp do pełniejszych danych wynikających z podpisanej niedawno przez prezydenta tzw. ustawy PESEL-owej, która wchodzi w życie 5 sierpnia.
Przyglądałam się też Narodowemu Funduszowi Zdrowia i jego działaniom kontrolnym. Po rozmowach z kierownictwem NFZ wiem, że korpus kontrolerski jest zbyt skromny. 115 kontrolerów na 40 tys. umów zawieranych przez płatnika to zbyt mała grupa, by w sposób rzetelny i oczekiwany przez społeczeństwo nadzorować wydatkowanie środków publicznych.
Przygotowane dwa projekty ustaw i pięć projektów rozporządzeń ministra zdrowia mogą w szybkim tempie przejść ścieżkę legislacyjną i wejść w życie.
Nawet przebieg posiedzenia Trójstronnego Zespołu do spraw Ochrony Zdrowia pod koniec lipca, które oceniam bardzo wysoko, dowodzi, że zwłaszcza kwestie płacowe nie były dla nikogo zaskoczeniem. Rozmawialiśmy o nich od dawna. Teraz przyszedł czas na wdrożenie tych rozwiązań i mam nadzieję, że osiągniemy konsensus.
Z tego, co pani mówi, można wyciągnąć wniosek, że kryzys wywołany ujawnieniem nieprawidłowości – najpierw w Warszawskim Szpitalu Południowym, a potem w kolejnych placówkach – wykorzystała pani do przeforsowania rozwiązań, nad którymi praca trwała już wcześniej. Trudno jednak uciec od wrażenia, że to zagęszczona atmosfera polityczna wokół ochrony zdrowia stworzyła klimat do ich wprowadzenia. Sama pani przyznała, że o zbieraniu informacji o zarobkach według numerów PESEL czy ograniczeniu pensji lekarzy mówiło się od dawna, ale brakowało woli politycznej – czyli jednak polityka...
Nie uciekniemy od faktu, że uchwalanie ustaw w parlamencie czy podpis prezydenta wymagają zgody politycznej. Sytuacja w Szpitalu Południowym wywołała jednak naturalną refleksję: co uszczelnić, aby do takich przypadków więcej nie dochodziło? Ten przykład pokazał zarazem, że organy państwowe i system kontrolny zadziałały sprawnie. Uruchomiono nadzór właścicielski, procedury kontrolne NFZ, działania ministra zdrowia oraz postępowania prokuratorskie.
Na tym przypadku zobaczyliśmy, jak skomplikowana jest struktura własnościowa szpitali i jak zróżnicowane kompetencje posiadają poszczególne instytucje.
Ostatnie tygodnie pokazały opinii publicznej poziom zarobków personelu w różnych miejscach w kraju.
Ujawniły też działalność spółek uzyskujących przychody z tzw. turystyki walizkowej w niektórych placówkach. Zgadzam się – wiedzieliśmy o istnieniu takich praktyk. Pojawił się jednak impuls, by zaproponować zmiany ukrócające ten proceder. Mamy obecnie odpowiednią atmosferę do przeprowadzenia reform.
To zresztą niejedyne kwestie wymagające naprawy. Mówiąc o wielości właścicieli, konsekwentnie od roku wskazujemy na potrzebę konsolidacji. Od 1 lipca ruszył Fundusz Medyczny, a wnioski zbieramy do końca października. Chcemy przeznaczyć ponad miliard złotych jako zachętę i wsparcie dla procesów konsolidacyjnych, dbając przy tym o efektywność wydatków. Wszystko to spina się z wnioskami wyciągniętymi przy okazji sprawy Szpitala Południowego. Wykorzystajmy ten moment, aby zwiększyć transparentność systemu i uczynić go bardziej przyjaznym pacjentowi.
Spójrzmy chociażby na e-rejestrację – narzędzie się sprawdziło. Najpierw objęło trzy świadczenia, od 1 sierpnia dojdzie kolejnych osiem. Liczba użytkowników aplikacji mojeIKP wzrosła w ciągu pół roku z czterech do pięciu milionów. Daje nam to podstawę do rozszerzenia e-rejestracji na 39 specjalizacji.
Powiedziała pani, że państwo zadziałało sprawnie. Zareagowało jednak dopiero wtedy, gdy nieprawidłowości ujawniły media. Czy system nie powinien kontrolować się sam i posiadać narzędzi pozwalających NFZ-owi na szybsze wykrywanie nadużyć? Z opublikowanych założeń do projektu nowelizacji ustawy o świadczeniach wynika, że w NFZ brakuje kadry – zatrudnienie ma wzrosnąć o ponad 400 osób. Wychodzi na to, że obecne instrumenty są niewystarczające.
Tak, to również moja refleksja po dwunastu miesiącach obserwacji instytucji państwowych. System kontrolny w Narodowym Funduszu Zdrowia musi zostać wzmocniony.
Żeby to nie dziennikarze musieli ujawniać nieprawidłowości?
Oczywiście wolałabym, aby instytucje reagowały na bieżąco, uszczelniając wydatki tam, gdzie to konieczne. Jednak bez odpowiednich danych – odnosząc się do wątków ze Szpitala Południowego – nie mieliśmy pełnej wiedzy o wysokości wynagrodzeń. W takim układzie reakcja leży po stronie właściciela, który analizuje sprawozdania finansowe i sprawuje bezpośredni nadzór nad placówką.
W założeniach wspomnianego projektu ustawy znalazł się zapis, że kierownicy placówek medycznych będą karani grzywną za nieprzestrzeganie obostrzeń dotyczących czasu pracy (limit do dwóch etatów) oraz maksymalnego wynagrodzenia (jedna dwudziesta minimalnej krajowej za godzinę). To zupełnie nowe rozwiązanie – wcześniej dyrektorzy nie podlegali takim karom.
To nowe narzędzie. Dotychczas po kontrolach Najwyższej Izby Kontroli czy NFZ wpisywano jedynie uwagę o zbyt dużej liczbie przepracowanych godzin. Brak formalnego limitu uniemożliwiał wyciąganie konsekwencji. Gdybyśmy teraz wprowadzili limity bez sankcji, ich przestrzeganie pozostałoby uznaniowe.
Proponujemy grzywnę do 30 tys. zł nakładaną na pracodawcę łamiącego te przepisy. Przepis ten przełoży się na bezpieczeństwo pacjenta, który zyska pewność, że w szpitalu opiekuje się nim wypoczęty personel. Sankcje są więc w naszych propozycjach niezbędne.
Prezes AOTMiT zapowiedział, że analizy dotyczące wynagrodzeń powiązanych z numerem PESEL lub numerem prawa wykonywania zawodu będą gotowe najwcześniej w styczniu 2027 r. Co resort zamierza z nimi zrobić? Czy pojawią się kolejne regulacje?
Dane te pokażą nam terytorialny rozkład wynagrodzeń oraz stawki przypisane do poszczególnych specjalizacji. Będzie to baza analityczna pozwalająca precyzyjniej określić limit capu na wynagrodzenia w budżetach szpitali.
Czyli decyzje zapadną dopiero po styczniu?
Te dane doprecyzują naszą wiedzę. Pierwsze sprawozdania trafią do AOTMiT we wrześniu i październiku, zatem będziemy je monitorować na bieżąco. Oczekuję od agencji konkretnych propozycji po ich przeanalizowaniu. Zależy mi na tym, aby cały proces przebiegał w pełni transparentnie.
Na jakiej podstawie wyznaczono kwotę do 240 zł brutto jako maksymalną stawkę za godzinę pracy lekarza proponowaną przez resort?
Ta stawka nie jest nowa – funkcjonuje w systemie od kilku miesięcy i stanowi przelicznik godzinowy. Nie narzucamy wyłącznie rozliczenia godzinowego dla pracowników czy przedsiębiorców stających do konkursów na świadczenia medyczne. Pokazujemy jednak, że pułap do 40 tys. zł brutto miesięcznie stanowi granicę, która nie powinna być przekraczana przy jednym etacie.
Pozostawiamy pracodawcy swobodę w kształtowaniu struktury wynagrodzenia – może ono składać się wyłącznie ze stawki godzinowej albo być uzupełnione o dodatek motywacyjny. Jesteśmy otwarci na konsultacje społeczne i propozycje, które spłyną do Ministerstwa Zdrowia.
Jednocześnie dane o płacach z poszczególnych szpitali pokazują, że przeważająca część kadry medycznej pracuje za stawki niższe niż 240 zł. Jestem przekonana, że to dobra kwota, która zagwarantuje godne zarobki dla specjalistów w ochronie zdrowia.