Stany (nie)nagłego zagrożenia zdrowotnego
Ponad trzy miliony interwencji rocznie i coraz więcej pytań o to, czy system Państwowego Ratownictwa Medycznego działa dokładnie tak, jak został zaprojektowany – publikujemy analizę danych z ostatnich trzech lat. Wynika z niej, że w większości przypadków zespoły ratownictwa medycznego udzielają pomocy pacjentom, których stan nie spełnia ustawowej definicji nagłego zagrożenia zdrowotnego. Dlaczego jest taka rozbieżność?
- Poniższą analizę przygotował ratownik medyczny i ekspert zdrowotny Adam Stępka
- Ekspert publikuje dane dotyczących liczby wezwań w poszczególnych województwach, które wypełniały ustawową definicję stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego oraz tych, które tego nie spełniały
- W wielu województwach zachodnich i północno-zachodnich odsetek wezwań niebędących nagłym zagrożeniem zdrowotnym jest wysoki, często przekracza 60 proc. Sugeruje to, że zespoły ratownictwa medycznego częściej pełnią tam funkcję zastępczą wobec podstawowej i ambulatoryjnej opieki zdrowotnej
Początek roku sprzyja nie tylko urazom wynikającym z heroicznych prób realizacji noworocznych postanowień na siłowni, ale także podsumowaniom. Nie dziwi zatem fakt, że rozmaite instytucje, przenosząc 2025 r. do historii, publikują wszelkie podsumowania minionych 365 dni – dzięki temu wiemy, który zespół ratownictwa medycznego w Polsce wyjeżdżał najczęściej, a który najrzadziej, a także ile wyjazdów zrealizowano w poszczególnych województwach. Ba! Wiemy nawet, który dzień był najintensywniejszy, a który przeciwnie – najspokojniejszy.
Mimo ciekawych danych, w tych wszystkich statystykach zabrakło mi tej najważniejszej. Statystyki, która definiowałaby sposób wykorzystania systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego w Polsce. Konkretnych liczb mówiących, czy ten system wykorzystywany jest zgodnie z jego ustawowym przeznaczeniem, czy też wprost przeciwnie – stanowi swojego rodzaju plaster na rany innych części pokiereszowanej polskiej ochrony zdrowia. Mam na myśli statystyki dotyczące stanów nagłego zagrożenia zdrowotnego.
Postanowiłem zatem zwrócić się do Krajowego Centrum Monitorowania Ratownictwa Medycznego z prośbą o udostępnienie danych. Poprosiłem – w trybie dostępu do informacji publicznej – o przedstawienie danych dotyczących liczby wezwań w poszczególnych województwach, które wypełniały ustawową definicję stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego oraz tych, które nie spełniały. Ponieważ jakakolwiek analiza wymaga kontekstu, zwróciłem się z prośbą o statystyki dotyczące minionego roku, ale również lat 2023 i 2024.
Dane otrzymałem – i to, w przeciwieństwie do niektórych samorządów zawodowych, zgodnie z obowiązującymi przepisami, czyli w ciągu ustawowych czternastu dni. Chylę czoła przed personelem Krajowego Centrum Monitorowania Ratownictwa Medycznego.
Definicja
Czym jest stan nagłego zagrożenia zdrowotnego?
Zanim napiszę, czym jest stan nagłego zagrożenia zdrowotnego, na wstępie chciałbym wyjaśnić, dlaczego stwierdzenie jego obecności definiuje, czy system Państwowego Ratownictwa Medycznego wykorzystywany jest w prawidłowy sposób. Wynika to już z pierwszego artykułu ustawy z 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym, który podstawowy i jedyny cel działania tego systemu określa jako realizację zadań państwa polegających na zapewnieniu pomocy każdej osobie znajdującej się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego. Skoro to właśnie w tym celu został stworzony system Państwowego Ratownictwa Medycznego, to osoby swoim stanem niewypełniające definicji nagłego zagrożenia zdrowotnego powinny korzystać z innych struktur systemu ochrony zdrowia (na przykład poradni podstawowej opieki zdrowotnej czy nocnej i świątecznej opieki lekarskiej).
Problem jednak w tym, że stwierdzenie stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego odbywa się niejako post factum względem rozpoczęcia akcji medycznej. Stan ten definiowany jest jako stan polegający na nagłym lub przewidywanym w krótkim czasie pojawieniu się objawów pogarszania zdrowia, którego bezpośrednim następstwem może być poważne uszkodzenie funkcji organizmu lub uszkodzenie ciała lub utrata życia, wymagający podjęcia natychmiastowych medycznych czynności ratunkowych i leczenia. Tym samym, aby odpowiedzieć na pytanie, czy u pacjenta występują objawy pogarszania zdrowia, którego bezpośrednim następstwem może być poważne uszkodzenie funkcji organizmu lub uszkodzenie ciała, lub utrata życia, trzeba pacjenta zbadać. Spoglądając na problem obiektywnie, to jest odrzucając wszelkiej maści dyżurowe historyjki o wybitnie bzdurnych wezwaniach, nie da się tego ocenić za pomocą rozmowy telefonicznej. Przykro mi, ale nawet zgłaszany przez dzwoniącego błahy kaszel może być jednym z objawów zatorowości płucnej (swoją drogą to występuje u 20–23 proc. pacjentów z zatorowością płucną).
Tak – przytoczona definicja nie należy do najbardziej udanych. Jest bezpieczna co najwyżej dla ustawodawcy. Nie dla dyspozytora medycznego, kierownika zespołu i lekarza na SOR. Bo czym jest tak naprawdę krótki czas pojawienia się objawów pogarszania zdrowia? Jaki krótki czas mamy przyjąć – minuty, godziny, dni, czy tygodnie?
Ponad połowa to wezwania niebędące nagłym zagrożeniem zdrowotnym
Definicja stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego jest taka, jaka jest – i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miała ulec zmianie. Tym bardziej warto sięgnąć po dane statystyczne, które nie napawają optymizmem. W 2025 r. zespoły ratownictwa medycznego udzieliły pomocy 3 278 736 razy, z czego jedynie w 1 411 515 przypadkach stan pacjenta spełniał kryteria nagłego zagrożenia zdrowotnego, natomiast w 1 867 221 – nie. Oznacza to odpowiednio 43,05 proc. oraz 56,95 proc. wszystkich interwencji.
Podobny rozkład obserwowano w latach wcześniejszych. W 2024 r. pomoc udzielona została 3 169 545 razy, przy czym stan nagłego zagrożenia zdrowotnego dotyczył jedynie 1 365 406 pacjentów, podczas gdy w 1 804 139 przypadkach kryteria te nie były spełnione. Również w 2023 r. sytuacja nie wyglądała lepiej: spośród 3 069 219 interwencji tylko 1 346 150 dotyczyło osób znajdujących się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, natomiast 1 723 069 – nie.
Tabela dotycząca odsetków wezwań (interwencji) w latach 2023, 2024 i 2025 r. – z podziałem na województwa.
Z czego to wynika?
Wysoki odsetek wezwań niespełniających definicji stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego nie jest zjawiskiem przypadkowym. Nie jest też wyłącznie efektem nadużywania systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego przez pacjentów. Jeśli spojrzymy na problem obiektywnie, w końcu dostrzeżemy, że ma on charakter wieloczynnikowy. Opisywana przez przytoczone dane sytuacja wynika z wielu strukturalnych uwarunkowań systemu ochrony zdrowia w naszym kraju oraz sposobu, w jaki obywatele uczą się z niego korzystać.
Wydaje się, że kluczową rolę odgrywa tu ograniczona dostępność podstawowej opieki zdrowotnej oraz nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej. Niejednokrotnie – zwłaszcza poza dużymi ośrodkami miejskimi – pacjent w godzinach popołudniowych i nocnych realnie pozbawiony jest alternatywy dla wezwania zespołu ratownictwa medycznego. W niewielkich wiejskich poradniach, będących filiami większych placówek, lekarz rodzinny nie musi być dostępny od godz. 8 do godz. 18. Ponieważ pacjenci w takich miejscach zwykle nie wiedzą, że mogą w takiej sytuacji korzystać ze świadczeń głównej poradni, wykorzystują inne sposoby na uzyskanie oczekiwanych świadczeń zdrowotnych – wzywają pogotowie ratunkowe lub zgłaszają się na SOR. Podobnie jest z poradniami nocnej i świątecznej pomocy, o których istnieniu nadal nie wie spora część społeczeństwa. W takich przypadkach zespół ratownictwa medycznego – z założenia mający ratować zdrowie i życie – staje się substytutem niewydolnej opieki ambulatoryjnej.
Nie bez znaczenia jest również sposób postrzegania zespołów ratownictwa medycznego przez społeczeństwo. Dla wielu pacjentów wezwanie karetki nie jest aktem uruchomienia systemu przeznaczonego do ratowania życia, lecz racjonalną próbą uzyskania szybkiej, profesjonalnej pomocy medycznej. Jeśli pacjent odbija się od innych struktur systemu ochrony zdrowia, szuka pomocy gdzie indziej. Nic zatem dziwnego, że jeśli osoba z infekcją dróg oddechowych jest zapisywana na wizytę lekarską za siedem dni, to stara się zapewnić sobie inną pomoc. W znacznie łatwiejszy sposób, dzwoniąc pod numer alarmowy. Podobnie jest z pacjentami oczekującymi na wizytę u specjalisty, o diagnostyce obrazowej już nie wspomnę, bo porady dla osób oczekujących chociażby na tomografię komputerową w stylu „połóż się na ulicy i wezwij pogotowie” zalewają niektóre internetowe fora.
Na skalę zjawiska wpływa także struktura demograficzna społeczeństwa. Starzenie się populacji, wysoka częstość chorób przewlekłych oraz samotność osób w wieku podeszłym powodują, że nawet niewielkie pogorszenie samopoczucia bywa interpretowane jako potencjalnie groźne. Wiele takich wezwań nie spełnia formalnych kryteriów nagłości, ale z klinicznego i psychospołecznego punktu widzenia są one zrozumiałe.
Z powyższym wiąże się również niski poziom kompetencji zdrowotnych części społeczeństwa. Z jednej strony niektóre objawy bywają nadinterpretowane. Z drugiej jednak inne bywają bagatelizowane. Stąd wszelkie idee edukacji zdrowotnej, w której uczniowie uczeni są od najmłodszych lat jak funkcjonuje system ochrony zdrowia i kiedy zgłosić się do lekarza zasługują na pochwałę, a nie potępienie, co obserwowaliśmy w ubiegłym roku.
Wreszcie należy podkreślić, że system ratownictwa medycznego funkcjonuje w oderwaniu od skutecznych mechanizmów triażu na etapie zgłoszenia. Dyspozytor medyczny nie posiada chociażby możliwości przekierowania wezwania do realizacji przez podstawową opiekę zdrowotną lub nocną i świąteczną pomoc lekarską. Numer alarmowy jest łatwo dostępny, a alternatywne rozwiązania – jak telefon do poradni nocnej pomocy – mniej oczywiste, słabiej komunikowane i często postrzegane jako nieskuteczne. W efekcie znaczna część pacjentów trafia do systemu ratownictwa nie dlatego, że ich stan tego wymaga, lecz dlatego, że inne elementy systemu nie przejmują ich wystarczająco wcześnie.
Wydaje się zatem, że wysoki odsetek wezwań niebędących stanem nagłego zagrożenia zdrowotnego należy traktować nie jako problem zachowań pacjentów, lecz jako wskaźnik napięć i niedomagań całego systemu ochrony zdrowia. Jest to zjawisko systemowe, które wymaga rozwiązań organizacyjnych, edukacyjnych i strukturalnych, a nie wyłącznie reakcji represyjnych lub narracji o „nadużyciach”.
Czy w danych widać podział?
Analiza danych pokazuje, że pewien wzorzec regionalny jest dostrzegalny, ale nie ma on charakteru ostrego ani jednoznacznego podziału Polski na wschodnią i zachodnią. Przyjmując instytucjonalną definicję Polski Wschodniej, widać, że województwa tego obszaru częściej notują wyższy udział wezwań będących stanem nagłego zagrożenia zdrowotnego, a tym samym niższy odsetek wezwań niebędących stanem nagłym, w porównaniu z częścią województw zachodnich.
Z kolei w wielu województwach zachodnich i północno-zachodnich odsetek wezwań niebędących nagłym zagrożeniem zdrowotnym jest wyraźnie wyższy, często przekraczając 60 proc. Sugeruje to, że zespoły ratownictwa medycznego częściej pełnią tam funkcję zastępczą wobec podstawowej i ambulatoryjnej opieki zdrowotnej.
Jednocześnie dane nie układają się w prostą linię wschód–zachód. Województwa centralne i południowe – mazowieckie, łódzkie czy małopolskie – nie wpisują się konsekwentnie w żadną z tych kategorii, co osłabia tezę o geograficznym podziale kraju. Oznacza to, że obserwowane różnice mają raczej charakter funkcjonalny niż przestrzenny.
W konsekwencji można mówić o tendencji, a nie o twardym podziale: na zachodzie częściej występują wezwania niebędące stanem nagłego zagrożenia zdrowotnego, na wschodzie – relatywnie rzadziej. I tutaj muszę zastrzec: dane te mają jednak charakter opisowy i jeśli mam być rzetelny, nie stanowią samodzielnego dowodu na istnienie statystycznie istotnej granicy regionalnej.
Mapki dotyczące odsetków wezwań będących stanem nagłego zagrożenia zdrowotnego w latach 2023, 2024 i 2025 r. – z podziałem na województwa.



Jak powstają te dane?
Będąc obiektywnym, podkreśla, że dane mają charakter deklaratywny. Oznacza to, że powstają one na etapie wypełniania dokumentacji medycznej w Systemie Wspomagania Dowodzenia Państwowego Ratownictwa Medycznego, w momencie gdy kierownik zespołu ratownictwa medycznego kwalifikuje stan pacjenta – za pomocą specjalnego przycisku – jako spełniający lub niespełniający definicji stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego.
To z kolei oznacza, że tak naprawdę na ostateczny kształt danych może wpływać czynnik ludzki. W tym różnice interpretacyjne oraz poziom wiedzy i doświadczenia osób dokonujących kwalifikacji. W konsekwencji nie można całkowicie wykluczyć, że część danych wynika nie tylko z realnego obrazu interwencji, lecz również z niejednolitego rozumienia pojęcia stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego.
Słowo na sam koniec
Przytoczone dane pokazują, że system Państwowego Ratownictwa Medycznego w Polsce w znacznej mierze realizuje zadania wykraczające poza jego ustawowe przeznaczenie. Ponad połowa interwencji dotyczy pacjentów, których stan nie spełnia definicji nagłego zagrożenia zdrowotnego, co nie jest efektem jednostkowych nadużyć, lecz konsekwencją strukturalnych niedomagań pozostałych elementów systemu ochrony zdrowia. Chciałbym ponownie zastrzec, że obserwowane różnice regionalne mają charakter opisowy i funkcjonalny, a nie geograficzny. Jeśli system ma działać efektywnie, ciężar rozwiązywania tego problemu musi zostać przeniesiony z zespołów ratownictwa medycznego na poziom organizacji, dostępności i edukacji zdrowotnej.
Artykuł Adama Stępki, ratownika medycznego i eksperta zdrowotnego.
Przeczytaj także: „Kryzysogenne zdrowie”.
