Chłopcy w krótkich spodenkach a porodówki
Zapewne każdy z nas widział grę w piłkę nożną kilkuletnich chłopców. – Wszyscy biegają za piłką. Nie ma podziału na obrońców, napastników, pomocników. Nikt nie ma określonego zadania. Każdy chce pokazać, że jest najlepszy i potrafi strzelić gola. Czy taki sposób gry daje nadzieję na zwycięstwo? – pyta w „Menedżerze Zdrowia” Krzysztof Bukiel, porównując to do kłopotów z porodówkami.
- Publikujemy w „Menedżerze Zdrowia” tekst Krzysztofa Bukiela, byłego przewodniczącego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy
- Ekspert porównuje problem z oddziałami położniczymi w Polsce do... gry w piłkę nożną na podwórku
- Bukiel podkreśla, że brak porodówki w rozsądnej odległości jest problemem społecznym i nie zamierza go bagatelizować. – Jeśli jednak chcemy zachować elementarny rozsądek, jako taki porządek, podział kompetencji i zadań, nie możemy zrzucać rozwiązania tego problemu na barki NFZ, ani nawet dyrektorów szpitali w miejscowościach – twierdzi
- Krzysztof Bukiel przyznaje, że do rozwiązywania lokalnych problemów społecznych został powołany lokalny samorząd terytorialny
- Więcej o porodówkach w cyklu „Co z tymi porodówkami?”.
Głośnym echem odbiła się niedawno wypowiedź premiera Donalda Tuska, który zapewniał, że nie jest zamknięta i nadal funkcjonuje porodówka w Samodzielnym Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Lesku. Okazało się to nieprawdą, co szybko wykorzystali politycy opozycji i niektórzy dziennikarze, zarzucając premierowi, że kłamie albo nie zdaje sobie sprawy z tego, w jakim kryzysie znalazła się publiczna ochrona zdrowia pod jego rządami – „Menedżer Zdrowia” informował o tym w tekstach „Co z porodówką w Lesku?” i „Porodówka w Lesku – przeprosiny”.
Sprawa likwidowanych porodówek była tematem bardzo wielu doniesień prasowych, wystąpień politycznych i publicznej dyskusji w ostatnich miesiącach.
Dotyczyły one zresztą nie tylko zamykanych porodówek, ale też innych problemów, z jakimi boryka się publiczna ochrona zdrowia, i tego, w jaki sposób próbują się z nimi zmierzyć Ministerstwo Zdrowia czy Narodowy Fundusz Zdrowia.
W dyskusji tej wzięli już chyba udział wszyscy:
- przedstawiciele rządu,
- posłowie,
- senatorowie,
- przedstawiciele funduszu,
- działacze społeczni,
- związkowcy,
- samorządowcy,
- przedstawiciele organizacji pacjentów,
- dyrektorzy szpitali i innych zakładów opieki zdrowotnej,
- towarzystwa lekarskie, pielęgniarskie,
- dziennikarze
- i tzw. zwykli ludzie.
Wszyscy rzucili się do rozwiązania problemu, przedstawiając swoje pomysły, jak to zrobić.
Wszyscy za piłką!
Zapewne każdy z nas widział grę w piłkę nożną kilkuletnich chłopców – wszyscy biegają za piłką. Nie ma podziału na obrońców, napastników, pomocników. Nikt nie ma określonego zadania. Każdy chce pokazać, że jest najlepszy i potrafi strzelić gola.
Czy taki sposób gry daje nadzieję na zwycięstwo?
Sytuacja z zamykanymi porodówkami jest podobna. Wydaje się, że nie ma mechanizmów ani upoważnionych instytucji z określonymi zadaniami, aby ten problem rozwiązać. Trzeba zauważyć, że nie jest to problem – sam w sobie – ochrony zdrowia, ale raczej reakcji systemu na zewnętrzny warunek, czyli spadek liczby porodów. Zarzut, że NFZ nie chce finansować każdej porodówki w wysokości dopasowanej do jej kosztów oznacza, że nie rozumie się albo chce się podważyć kompetencje NFZ. Zadaniem funduszu nie jest rozwiązywanie problemów społecznych, lecz efektywne finansowanie refundowanych świadczeń medycznych. Jeśli to pryncypium odrzucimy, możemy znaleźć się w sytuacji absurdalnej, gdy ktoś zażąda, by w każdym powiecie było na przykład centrum leczenia oparzeń lub ośrodek przeszczepiania narządów z odpowiednim finansowaniem z NFZ.
Brak porodówki w rozsądnej odległości jest oczywiście problemem społecznym i nie zamierzam go bagatelizować.
Jeśli jednak chcemy zachować elementarny rozsądek, jako taki porządek, podział kompetencji i zadań, nie możemy zrzucać rozwiązania tego problemu na barki NFZ, ani nawet dyrektorów szpitali w miejscowościach, gdzie liczba porodów jest zbyt niska, aby finansowanie z funduszu zapewniło utrzymanie oddziału porodowego. Do rozwiązywania lokalnych problemów społecznych został powołany lokalny samorząd terytorialny. I jak samorząd dopłaca na przykład do nierentownych połączeń autobusowych, by mieszkańców nie pozabawiać możliwości dojechania do wielkiego miasta, tak samo powinien dopłacać do utrzymania oddziałów porodowych w tych szpitalach, w których finansowanie z NFZ jest z oczywistych względów za małe.
Dlaczego to wydawałoby się oczywiste rozwiązanie nie jest wdrażane i nie znajduje zrozumienia u tych, od których jego wprowadzenie zależy? A dlaczego mali chłopcy ganiają razem za piłką, zamiast podzielić się rolami i odgrywać je zgodnie z tym podziałem? W obu przypadkach mamy do czynienia z pewną niedojrzałością, brakiem wyobraźni, chęcią pokazania, kto jest ważniejszy i lepszy, chęcią zyskania poklasku. Dzieciom można wybaczyć, za parę lat zrozumieją, że popełniali błąd, ale parlamentarzystom, politykom, samorządowcom?
Komentarz Krzysztofa Bukiela, byłego przewodniczącego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, opublikowano w „Menedżerze Zdrowia” 1/2026.
Przeczytaj także: „Zamknięte porodówki”, „Znikające porodówki – już co czwarta zamknięta”, „Mniej porodówek – i co z tego wynika?”, „Jak rodzić w Bieszczadach?” i „Gdzie rodzi się taniej?”.
Więcej o porodówkach po kliknięciu w poniższy baner.
Menedżer Zdrowia/Krzysztof Bukiel

