Zdrowie z ograniczoną odpowiedzialnością
Ministerstwo Zdrowia planuje wprowadzić maksymalną stawkę 240 zł brutto za godzinę pracy lekarzy w publicznych placówkach. Zdaniem Anny Gołębickiej, takie administracyjne ograniczenie płac – przy jednoczesnym braku limitów w sektorze prywatnym – doprowadzi do odpływu najlepszych specjalistów z państwowych szpitali.
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda zapowiedziała reformę, której częścią jest propozycja ograniczenia wynagrodzeń lekarzy do 240 zł za godzinę.
Na razie ta zapowiedź rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Sam limit to tylko sucha liczba. Nie wiemy jeszcze, na jakich zasadach miałby obowiązywać.
Przecież inaczej wygląda praca wybitnego neurochirurga wykonującego unikalne, skomplikowane operacje, a inaczej lekarza pełniącego spokojny dyżur w niewielkim szpitalu powiatowym. Tymczasem proponuje się identyczny pułap dla obu tych sytuacji. Nie wiadomo też, jak to rozwiązanie przełoży się na etaty i kontrakty, które wiążą się przecież z zupełnie innymi obciążeniami podatkowo-składkowymi. Sama stawka godzinowa niewiele mówi, zwłaszcza bez informacji o wymiarze czasu pracy.
Dodatkowo sektor prywatny nie będzie związany tymi ograniczeniami. W efekcie najlepsi specjaliści mogą po prostu odejść tam, gdzie otrzymają lepsze warunki finansowe i większą swobodę.
Jak może to wpłynąć na szpitale?
Zanim zaczniemy odgórnie regulować stawki personelu medycznego, powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiej sieci szpitali w ogóle potrzebujemy. Od lat wiadomo, że mamy nadmiar łóżek na oddziałach ostrych, a jednocześnie dramatycznie brakuje nam miejsc i świadczeń w zakresie opieki długoterminowej.
Jeśli zaczniemy od administracyjnego obcinania pensji, najmniejsze placówki mogą mieć jeszcze większe trudności z pozyskaniem kadry. W efekcie publiczne szpitale będą słabły, a sektor prywatny zyska ogromną przewagę konkurencyjną. Potrzebujemy kompleksowego planu opartego na rzetelnej mapie potrzeb zdrowotnych. Dopiero na takim fundamencie można budować stabilny system wynagradzania.
Pani zdaniem dyskusja o wspomnianym limicie odwraca uwagę od rzeczywistych wyzwań?
Tak, ponieważ rozmawiamy przede wszystkim o skutkach, a nie o przyczynach. Źródłem problemów są między innymi wadliwe wyceny procedur medycznych, utrzymywanie pełnoprofilowych szpitali niemal w każdym powiecie oraz brak spójnej organizacji całego systemu. W medycynie dobry lekarz nie leczy wyłącznie objawów – szuka przyczyny choroby. Mam wrażenie, że w zarządzaniu ochroną zdrowia robimy dokładnie na odwrót.
Zapowiadana reforma nie rozwiązuje również problemów pacjentów z wielochorobowością.
To jeden z najbardziej niedocenianych obszarów. Starszy pacjent trafia na oddział z kilkoma schorzeniami, ale system rozliczeń z NFZ premiuje leczenie tylko jednego z nich. W efekcie po kilku tygodniach ten sam człowiek wraca do szpitala z kolejną dolegliwością. Ponownie wykonuje się te same badania, angażuje personel i generuje koszty, których można było uniknąć przy kompleksowym podejściu.
Patrzymy wyłącznie na jednostkowy koszt hospitalizacji, zupełnie pomijając koszty społeczne i ekonomiczne całego procesu leczenia. Paradoksalnie rozwiązania, które w założeniu miały przynosić oszczędności, często sprawiają, że system staje się jeszcze droższy. Najdroższym świadczeniem medycznym jest bowiem to, które trzeba powtórzyć tylko dlatego, że za pierwszym razem procedury nie pozwoliły zająć się pacjentem całościowo.
O ekspertce
Anna Gołębicka to ekonomistka i ekspertka do spraw zarządzania, komunikacji i funkcjonowania rynku i ochrony zdrowia.
Przeczytaj także: „Ministerstwo przedstawiło pomysły na naprawę systemu. Z dużej chmury mały deszcz” i „Komentarze do propozycji Ministerstwa Zdrowia”.


