Jak rodzić w Bieszczadach? ►
Godz. 22, u jednej z mieszkanek gminy Lutowiska w powiecie bieszczadzkim zaczyna się akcja porodowa. Kobieta jedzie do szpitala w Ustrzykach Dolnych – tam okazuje się, że na dyżurze nie ma położnej. Jest lekarz chorób wewnętrznych, który podejmuje decyzję, że nie da się odebrać porodu w sposób naturalny, więc rodzącą trzeba przewieźć do innego szpitala. Mija godzina, dwie. Co wtedy? O to spierali się w Sejmie Bartosz Romowicz i Katarzyna Kęcka.
Zgodnie z przepisami, od lutego – tam, gdzie nie ma porodówek – w tak zwanych pokojach narodzin mają dyżurować położne (odbiorą porody lub zdecydują o przewiezieniu ciężarnych, także z pomocą Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, do specjalistycznego oddziału). Pisaliśmy o tym między innymi w tekstach „Pokoje narodzin – reforma porodówek”, „Na SOR-ach czy w pokojach narodzin – oto jest pytanie” i „Karetka typu K (jak kobieta rodząca)”.
O zmianach na porodówkach mówiono 12 lutego w Sejmie. Pytał poseł Polski 2050 Bartosz Romowicz, były burmistrz Ustrzyk Dolnych, urodzony w Lesku, odpowiadała wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka.
Fragment posiedzenia poniżej, pod wideo dalsza część tekstu.
Wideo pochodzi ze strony internetowej: www.sejm.gov.pl/5E721.
Porodówkowa rzeczywistość
– Decyzje o zamykaniu oddziałów ginekologiczno-położniczych niepokoją wiele kobiet, szczególnie w mniejszych miejscowościach i regionach, jak województwo podkarpackie, w którym szpitale są oddalone od siebie – zaczął poseł Romowicz, podkreślając, że ma obawy co do rzeczywistej dostępności do porodówek po ostatnich zmianach, szczególnie jeśli chodzi o czas transportu rodzących.
– Jakie działania podejmuje kierownictwo Ministerstwa Zdrowia, by zapewnić pacjentkom odpowiednią opiekę w przypadku nagłych sytuacji? Co z ciążami w regionach, których nie funkcjonują odpowiednie oddziały, na przykład w powiecie bieszczadzkim, leskim i sanockim? Czy zlikwidowane oddziały są zastępowane przez izby porodowe, zaopatrzone w odpowiedni sprzęt specjalistyczny? Ile takich izb powstało? Jakie przedstawiciele resortu oceniają obecny system opieki nad rodzącymi w przypadkach porodów fizjologicznych bez powikłań w regionach, bez oddziałów ginekologiczno-położniczych? Czy w ministerstwie prowadzone są prace dotyczące rozwiązań systemowych, jak zmiana lokalizacji oddziałów ginekologiczno-położniczych lub nowy model ich rozmieszczenia, który pozwoliłby skrócić czas dojazdu pacjentek i zwiększyć bezpieczeństwo okołoporodowe w skali kraju? – pytał konkretnie.
Zamykanie i zawieszanie
Przedstawicielka resortu podkreśliła, że od lat rodzi się coraz mniej dzieci, a to powoduje zmiany organizacyjne – w domyśle: zamykanie i zawieszanie porodówek.
Kęcka poinformowała, że od 2020 r. do 12 stycznia 2026 r. zamknięto 81 oddziałów położniczo-ginekologicznych.
– Dlatego minister zdrowia wydał rozporządzenie zmieniające rozporządzenie w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu leczenia szpitalnego – wyjaśniła wiceminister Kęcka.
Nowe przepisy, stare problemy
Przypomniała, że w rozporządzeniu zapisano, że tam, gdzie nie ma porodówek, na szpitalnych oddziałach ratunkowych lub w izbach przyjęć (w tak zwanych pokojach narodzin) będą dyżurowały położne. Odbiorą porody lub zdecydują o przewiezieniu ciężarnych, także z pomocą Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, do specjalistycznego oddziału.
W przepisach przewidziano dodanie do wykazu świadczeń gwarantowanych finansowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia nowego świadczenia pod nazwą „Opieka nad kobietą w ciąży lub kobietą rodzącą realizowana przez położną”. Taką opiekę będą mogły sprawować za zgodą konsultanta wojewódzkiego szpitale oddalone co najmniej o 25 km od szpitala, w którym działa oddział położniczy. Warunkiem będzie posiadanie izby przyjęć lub SOR oraz poradni położniczo-ginekologicznej czynnej co najmniej przez pięć dni w tygodniu od godz. 8 do 18. Szpitale będą musiały mieć do dyspozycji przez całą dobę karetkę z zespołem składającym się z kierowcy, ratownika i położnej. Karetka będzie tylko do transportu położnic. Nie będzie wolno wykorzystywać jej do przewożenia innych pacjentów. Nie będzie musiała stacjonować przy samym szpitalu, ale wezwana przez położną do transportu rodzącej kobiety powinna dojechać do niej w czasie krótszym niż kwadrans.
– Poza tym 10 lutego zaczęło obowiązywać zarządzenie prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia określające warunki zawierania przez szpitale umów na świadczenie opieki przez położną nad rodzącą w szpitalach, w których zlikwidowano porodówki – dodała.
Co z nim zapisano?
W skrócie – szpitale, które nie mają porodówki, ale zdecydują się na utworzenie tzw. pokoju narodzin, dostaną dobowy ryczałt w wysokości 8664 zł. Wspomnianą zryczałtowaną stawkę szpital otrzyma za gotowość do przyjęcia porodów w pokoju narodzin lub transportu ciężarnej do jednostki, w której działa oddział położniczy. Rocznie da to 3,16 mln zł za prowadzenie tzw. pokoju narodzin.
Wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka poinformowała, że jeszcze żaden szpital nie złożył wniosku w sprawie utworzenia tak zwanej izby porodowej. Dodała, że ani przedstawiciele resortu zdrowia, ani Narodowego Funduszu Zdrowia nie mogą nałożyć na szpital obowiązku świadczenia takiej usługi.
Wiceminister zdrowia powiedziała, że decyzja w sprawie utworzenia pokoju narodzin należy do zarządzających szpitalami. Poinformowała, że do tej pory nie wpłynął ani jeden wniosek szpitala w sprawie jego utworzenia pokoju porodowego.
Jeszcze nie ma pokojów narodzin
– Nie ma jeszcze w systemie świadczeniodawcy, który zdecydowałby się na takie rozwiązanie – stwierdziła, podkreślając, że Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia nie mogą nałożyć obowiązku świadczenia takich usług.
– Czy chcemy podawać statystyki i stawiać na rozwiązania, z których nikt do tej pory nie skorzystał, czy faktycznie pomóc mieszkankom takich powiatów, jak bieszczadzki? – zauważył w odpowiedzi Romowicz, opisując hipotetyczną sytuację.
A gdyby...
– Godz. 22, u jednej z mieszkanek gminy Lutowiska w powiecie bieszczadzkim zaczyna się akcja porodowa. Kobieta jedzie do szpitala w Ustrzykach Dolnych – tam okazuje się, że na dyżurze nie ma położnej. Jest lekarz chorób wewnętrznych, który podejmuje decyzję, że nie da się odebrać porodu w sposób naturalny, więc rodzącą trzeba przewieźć do innego szpitala. Mija godzina, dwie. Co wtedy? – pytał poseł.
Wiceminister uspokajała.
Kęcka podkreśliła, że częste jest to, że kobiety decydują się na poród na oddziałach oddalonych nawet o 100 km od miejsca zamieszkania.
– Kobiety wybierają miejsca, które ich zdaniem są komfortowe do rodzenia – powiedziała.
Poza tym, z danych wynika, że w Polsce jest 2013 gmin, gdzie czas dojazdu do oddziału położniczego jest krótszy niż 30 minut, a kobiety zamieszkujące te obszary stanowią ponad 92 proc. ogółu populacji kobiet w wieku rozrodczym.
Poinformowała, że w ubiegłym roku było jedynie dziewięć tzw. incydentalnych porodów, a zdecydowana większość z nich była zaplanowana.
Przeczytaj także: „Niekonstytucyjne porody na SOR?”, „Zamknięte porodówki – gdzie i dlaczego?”, „Ile porodówek się skonsolidowało?”, „Gdzie znieczulają – lista najlepszych porodówek”, „Ciężarna ciąży”, „Nie ma noworodków” i „Porodówkowy pilotaż – pytania”.
