W służbie społeczeństwu – prawie 180 lat od śmierci Karola Marcinkowskiego
Gdy wyniszczony chorobą Karol Marcinkowski żegnał się ze światem 6 listopada 1846 r., Wielkopolska traciła nie tylko wybitnego lekarza, lecz także symbol moralnej siły i obywatelskiego obowiązku.
Jego odejście poruszyło całe pokolenie, a pogrzeb w Poznaniu stał się potężnym, niemal narodowym hołdem – manifestacją wdzięczności dla człowieka, który w czasach zwątpienia potrafił rozpalić w innych wiarę, jedność i nadzieję. W ciszy listopadowego dnia żegnano nie zwykłego społecznika, lecz jednego z duchowych filarów regionu.
Karol Marcinkowski, to wyjątkowa postać niekwestionowanego ideału lekarza, człowieka czynu – szanowanego społecznika, filantropa i patrioty, a jednocześnie niezwykle skromnego człowieka. Znany jako współtwórca Bazaru Poznańskiego i założyciel Towarzystwa Pomocy Naukowej dla Młodzieży Wielkiego Księstwa Poznańskiego, które utrzymało swą działalność stypendialną dla zdolnej ubogiej młodzieży jeszcze do okresu międzywojennego XX wieku. Łącznie pomoc otrzymało ponad 5000 stypendystów, wywodzących się z najuboższych warstw społeczeństwa. Stworzyli oni grupę inteligencji, która po zwycięskim Powstaniu Wielkopolskim odegrała znaczącą rolę w regionie. Wśród kilku ostatnich stypendystów byli profesorowie Akademii Medycznej w Poznaniu: Franciszek Łabendziński (1887–1964) – internista, i Przemysław Gabryel (1919–2014) – patomorfolog.
Marcinkowski ukończył studia medyczne na Uniwersytecie w Berlinie w 1821 r. Obrona doktoratu została opóźniona z uwagi na perypetie wynikające z jego działalności patriotycznej z grupą polskich studentów w organizacji „Polonia”, co skutkowało aresztowaniem Marcinkowskiego i ośmiomiesięcznym więzieniem śledczym, a następnie sześcioma miesiącami w wilgotnych celach twierdzy Wisłoujście koło Gdańska (1822–1823). Tam prawdopodobnie szukać należy początków pogorszenia się jego zdrowia i, jak się później okazało, przedwczesnego zgonu.
Jego uwolnienie wraz z kolegami nastąpiło dzięki wstawiennictwu samego namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego księcia Antoniego Henryka Radziwiłła, mającego wpływy na dworze pruskim.
– Wstawienie się tak gorliwe Jaśnie Oświeconego Xięcia za nami jest nayczulszym do naszey wdzięczności powodem. Winniśmy ułagodzenie wyroku osobie, której zawsze hołd naywyższego szacunku, łączyć się nieprzestanie z uczuciami serc, które wspaniałomyślność Xięcia oceniać, poważać i zachować są w stanie – pisali wspólnie młodzi ludzie w podziękowaniu z 16 lipca 1822 r. Po wyjściu z więzienia i zdobyciu stopnia naukowego doktora medycyny Marcinkowski wrócił do Polski.
Niektóre momenty w życiu Marcinkowskiego nie są należycie wyjaśnione. Dotyczy to na przykład choroby, przebiegu leczenia, testamentu, przedwczesnego zgonu i reprezentacyjnego pogrzebu.
Choroba
Przewlekła infekcja układu oddechowego, uporczywy kaszel były leczone wyłącznie objawowo i pobytem w uzdrowiskach. Infekcja okazała się gruźlicą. Wówczas nie znano jeszcze bakterii (Koch opisał prątki gruźlicy 36 lat później) ani leków przeciwgruźliczych, terapia nie mogła więc być skuteczna. By ratować swoje wątłe zdrowie Marcinkowski chętnie przyjeżdżał do swego przyjaciela hrabiego Wiktora Łakomickiego, który mieszkał w pałacu w Dąbrówce Ludomskiej – wsi wielkopolskiej leżącej w gminie Ryczywół w powiecie obornickim. Z Poznania dojeżdżał tam nawet konno.
Panowie poznali się u państwa Kolskich, którzy prowadzili Aptekę pod Złotym Lwem na Starym Rynku w Poznaniu. Marcinkowski wynajmował pokój w kamienicy aptecznej, a hrabia starał się o rękę Anny – córki aptekarzy. Po ślubie Anna i Wiktor zamieszkali w pałacu w Dąbrówce Ludomskiej, gdzie Karol był częstym gościem. Bywała tam też Eleonora, piękna wdowa po aptekarzu. Kiedy Eleonora przeprowadziła się na ul. Pod-górną 7, Karol Marcinkowski zamieszkał z nią.
W 1842 r. Marcinkowski był już bardzo cierpiący. Do starych dolegliwości płucnych przyłączył się, sądząc z nielekarskich opisów, nerwoból kulszowy (ischias) – prawdopodobnie nabawił się go namiętną jazdą konną, którą uważał za najskuteczniejsze lekarstwo na swoje płuca, zaatakowane gruźlicą. Ten rodzaj podróżowania przypominał mu 1831 r., do którego zawsze swymi wspomnieniami najchętniej wracał. W czerwcu 1842 r. wyjechał do Reinerz i leczył się tam sześć tygodni. Z kuracji był bardzo zadowolony, jak wynika z listu pisanego 15 lipca 1842 r. do jednej z niemieckich rodzin poznańskich.
– Mnie dzięki Bogu doskonale, powrócę z zapasem nowych sił, i cieszę się na pożyteczną pracę, która na mnie czeka – pisał. Ból w nodze widocznie nie ustawał, bo Marcinkowski zamierzał jechać na „kuracyę wodną do Grafenberga, gdzie Priessnitz w on czas był w modzie”.
Niestety paszport otrzymał dopiero w lipcu i już z niego nie skorzystał. W drugiej połowie miesiąca wyjechał do Warmbrunn. Ostatnia to już była podróż. Pozostała tylko jeszcze Dąbrówka Ludomska, gdzie ostatnie dni swego życia Marcinkowski zakończył 6 listopada 1846 r.
Po pięknym XIX-wiecznym pałacu, w którym mieszkali Anna i Wiktor, zostały już tylko malownicze ruiny. Warto je zobaczyć. Jego obecny stan spowodowany został pożarem, który pozbawił go dachu. Niewiele zostało też z parku, jaki go otaczał, parę starych drzew i staw. Układ parku wydaje się już nieczytelny. Ciekawostką jest obelisk upamiętniający lekarza, ufundowany przez samego Wiktora Łakomickiego po śmierci Karola, który zmarł tutaj podczas swojej ostatniej wizyty. Dla niektórych wybrzmiewają tam jeszcze echa dawnej miłości Eleonory i Karola…
Śmierć i pogrzeb
Chociaż od dawna wszyscy byli przygotowani na wiadomość o śmierci, to jednak dopiero wtedy, gdy nadeszła wieść żałobna, zdano sobie sprawę z rozmiaru straty. Śmierć miał lekką, bez cierpień. Do ostatniej chwili zachował zupełną przytomność. Dwa dni przed zgonem wyraził życzenie, aby jeszcze raz Poznań zobaczyć. Był jednak za słaby i miał pełno ran na ciele, zatem jego przewiezienie wydało się niemożliwe. Aby uniknąć jakichkolwiek manifestacji i pompy pogrzebowej, wyraził życzenie, by pochowano go we wsi Parkowo, w zgrzebnej koszuli i w prostej trumnie, w jakiej chowają zmarłych w szpitalu miejskim. Zwolennicy Marcinkowskiego przy jego zwłokach zobowiązali się słowem i przysięgą, „aby dzieła przez niego do życia powołane, wspólnemi siłami dalej prowadzić w jego duchu”.
Odnośnie do pogrzebu, przyjaciele Marcinkowskiego postanowili inaczej, mianowicie, aby się odbył w Poznaniu. Argumentowano, że tutaj się urodził i tu głównie pracował dla biednych, dla nauki i dla polskiej sprawy, więc miasto Poznań nie może się zrzec posiadania jego grobu. Poza tym w Parkowie spodziewano się zjazdu ludzi najrozmaitszych poglądów i obawiano się wybuchów patriotycznego uczucia i przykrych zajść.
Zdecydowano o przewiezieniu ciała do Poznania na stoki cytadeli i przeniesieniu stamtąd w uroczystym pochodzie przez miasto na cmentarz choleryczny św. Marcina. Wprawdzie część duchowieństwa chciała odmówić zmarłemu chrześcijańskiego pogrzebu – ponieważ był wolnomyślnym i przed śmiercią odmówił przyjęcia sakramentów – ale ostatecznie jednak duchowieństwo przegłosowano i wszystkie stany wzięły udział w publicznej manifestacji żalu z powodu tej niepowetowanej straty.
Pogrzeb przypadł na dzień św. Marcina, kiedy to podczas wielkiego odpustu gromadzą się tutejsi parafianie, zwłaszcza ci politycznie bardzo niespokojni. Proboszczem Kościoła św. Marcina był ksiądz Kamiński, publicznie manifestujący swoje polskie przekonania. Dawał im wyraz nawet w czynnościach kościelnych. Według podawanych wieści właśnie 11 listopada miano podjąć próbę uwolnienia więźniów (z lutego 1846 roku), co groziło zakłóceniem porządku publicznego.
Można było przewidzieć, że towarzystwo strzeleckie, cechy i magistrala miejska (zmarły był od wielu lat jej członkiem) wezmą udział w pogrzebie. Uroczystość pożegnalna przypadła na środę po południu, kiedy w szkołach nauka się skończyła. W tej sytuacji uczniowie Gimnazjum im. Marii Magdaleny byli zobowiązani namawiać rzemieślników i robotników warsztatów, by wzięli udział w pochodzie.
Urzędnikom policyjnym powierzono utrzymanie porządku i dozór nad olbrzymim tłumem, w którym niemało było osobników, zwłaszcza niższego stanu, skłonnych do politycznego krzykactwa i nadużyć. O to, aby zapobiec niestosownym wypowiedziom, zabiegali hrabia Maciej Mielżyński, Gustaw Potworowski i generał Dezydery Chłapowski. Ustalono, że osoby świeckie nie będą przemawiać nad grobem. W porozumieniu z komendanturą policji tego rodzaju środki ostrożności uznano za konieczne.
– O godz. 15 pochód ruszył z cmentarza św. Wojciecha długim szeregiem żałobnych uczestników i powozów. Arcybiskup z duchowieństwem szedł przed trumną. Na czele pochodu postępowały wszystkie cechy z pochodniami, chorągwiami i berłami, uczniowie i towarzystwa śpiewackie. Za trumną szła generalicya, wyżsi urzędnicy wszystkich dykasterii [pisownia oryginalna – red.], szlachta polska, obywatele miasta i lud wiejski z okolicy. Można liczbę uczestników i widzów cenić bez przesady na 20 000 głów – oceniał Ignacy Zielewicz.
Rok przed śmiercią sam Marcinkowski w przemówieniu na posiedzeniu Rady Miejskiej Poznania podał, że miasto miało wówczas 38 tysięcy mieszkańców, w tym 20 tysięcy Polaków.
– Trumnę nieśli na przemian chłopi, obywatele i szlachta. Nad grobem arcybiskup trumnę jeszcze raz pobłogosławił i spuszczono ją do grobu, wśród stosownej pieśni, śpiewanej przez towarzystwo śpiewackie… Za trumną szła dziewczynka ubrana na biało, może lat 10, i na małej czerwonej poduszce niosła gruby wieniec z liści. Mówiono, że pod nim znajdował się polski order, który Marcinkowski otrzymał w czasie polskiego powstania – pisał Zielewicz.
Zachowanie tłumu było spokojne, poważne i godne uroczystości. Nie zdarzył się nawet najmniejszy nieporządek. W manifestacyjnym pogrzebie udział wzięły wszystkie nacje Poznania. Obok Polaków w kondukcie żałobnym szli Niemcy i Żydzi, co pozytywnie ocenili Polacy. Wraz z arcybiskupem katolickim Leonem Przyłuskim, najwyższym dostojnikiem diecezji gnieźnieńsko-poznańskiej, kroczyli rabini, przewodniczący gminy protestanckiej. Pochód pogrzebowy trwał niemal cztery godziny. Mowy nad grobem żadnej nie było. Na noc wzmocniono patrole.
– Dr Marcinkowski nie żyje. Choć rząd w ten sposób uwolnił się od wpływowego przeciwnika, to jednak sprawiedliwość zmusza nas do uszanowania i uznania nawet w przeciwniku szlachetności, prawości i dobroczynności – napisał prezes pruskiej policji w Poznaniu do ministra stanu w Berlinie – Bodelschwingh.
– Wasza Ekselencya, raczy nie uważać tego za próżność, że sobie pozwolę wspomnieć o dowodzie uznania i zadowolenia, który mnie przy tej sposobności spotkał od Polaków – tak skończyły się osobiste akta policyjne Marcinkowskiego w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.
10 czerwca 1923 r. prochy Karola Marcinkowskiego przeniesiono z cmentarza Świętomarcińskiego do pięknego marmurowego sarkofagu w kościele św. Wojciecha. Był pierwszym, który tam spoczął. Pochód odprowadzający trumnę ze szczątkami, pokrytą sztandarem narodowym był wielką manifestacją. Był to pochód triumfalny, majestatyczny… Był to wyraz hołdu całego społeczeństwa bez różnicy stanów.
W setną rocznicę śmierci w 1946 r. odbyła się kolejna uroczystość poświęcona Marcinkowskiemu. Idealny, niedościgniony wzór lekarza, społecznik i filantrop, człowiek nieprzeciętnej miary i nadludzkiej pracy uczył słowem i przykładem. Mimo że w 2026 roku minie 180 lat od śmierci Marcinkowskiego, w Poznaniu pamięć o nim jest trwała. Obok niezwykłej pracowitości, wysokiego poczucia obowiązku i skromności wzorowa postawa lekarza, osiągnięcia medyczne i organizacyjno-społeczne oraz autorytet moralny znajdują wyraz w nadawaniu jego imienia uniwersytetom, szkołom średnim, ulicom i parkom. Nie ma godniejszej postaci lekarza i społecznika.
Tekst Marian Krawczyńskego opublikowano w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej 3/2026.
Przeczytaj także: „Rektor na ławeczce” i „Witold Janusz Rudowski – z historii medycyny”.

Biuletyn Wielkopolskiej Izby Lekarskiej/Marian Krawczyński
