Dzień dobry
Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Redaktor: Krystian Lurka

Patogen dnia – o medialnych wirusach i prawdziwych zagrożeniach

Łukasz Cynalewski/Agencja Wyborcza.pl

– W postpandemicznej rzeczywistości media wydają się spragnione kolejnego patogennego bohatera. Co jakiś czas kolejny wirus lub bakteria staje się na kilka dni gwiazdą serwisów informacyjnych – tylko po to, by równie szybko zejść na dalszy plan. W ten sposób choroby zakaźne zaczynają funkcjonować nie tylko jako zjawisko epidemiologiczne czy wyzwanie zdrowia publicznego, ale jako temat medialny, podlegający tym samym prawom, co każda inna sensacja. To niestety ze szkodą dla zdrowia publicznego – komentuje Piotr Rzymski.

  • Publikujemy tekst dr. hab. Piotra Rzymskiego z Zakładu Medycyny Środowiskowej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu

Z jednej strony trudno się temu dziwić. Po doświadczeniach związanych z COVID-19 świadomość zagrożeń ze strony chorób zakaźnych wzrosła, a społeczeństwo ma prawo do informacji o potencjalnym ryzyku. Problem zaczyna się wtedy, gdy wiedza i rzetelny przekaz zostają zastąpione przez emocje i pogoń za nowinką, która zelektryzuje opinię publiczną. Wtedy rzeczywistość epidemiologiczna ustępuje miejsca narracji, w której każde nowe ognisko choroby, gdziekolwiek na świecie, ogłaszane jest niczym zwiastun kolejnej globalnej katastrofy.

Nagłówki zakażone sensacją

Najświeższym przykładem tego zjawiska były doniesienia o wirusie Nipah, które zalały media pod koniec stycznia 2026 r. To egzotyczny patogen, znany od końca lat 90. XX w., o wysokiej raportowanej śmiertelności zakażeń, który do przetrwania potrzebuje specyficznego rezerwuaru – konkretnych gatunków nietoperzy występujących w niektórych regionach Azji. Jego transmisja między ludźmi jest bardzo ograniczona i wymaga bliskiego kontaktu z wydzielinami osoby chorej. Jakkolwiek się nie spojrzy, jest to wirus, który nie stanowi globalnego zagrożenia, a jego ograniczone ogniska notowane są w Bangladeszu, Malezji i Indiach. Kiedy jednak media doniosły o dwóch przypadkach zakażeń wirusem Nipah w Bengalu Zachodnim, mogliśmy usłyszeć o śmiertelnym, potencjalnie pandemicznym zagrożeniu. Podstawowa informacja – przekazywana przez nas dziennikarzom – że wirus Nipah nie przenosi się łatwo i nie stanowi bezpośredniego ryzyka dla krajów Europy, przedostała się do opinii publicznej dopiero po tym, jak przez media, także polskie, przetoczyła się fala alarmujących materiałów.

Problematyczne były również doniesienia o podejrzeniu wystąpienia cholery w Polsce w lipcu 2025 r. Badania laboratoryjne wykazały jednak, że szczep, którego materiał genetyczny wykryto, okazał się nietoksynotwórczy, co wykluczało zachorowanie na cholerę. Jednak przez kilka dni choroba straszyła z nagłówków, powodując frustrację osób zajmujących się diagnostyką i epidemiologią. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby informacje o samym, ostatecznie nie potwierdzonym podejrzeniu, w ogóle nie przedostały się do mediów.

Z kolei w sierpniu 2024 r. krótką karierę zrobił w naszym kraju wirus Zachodniego Nilu. Powodem było stwierdzenie go wśród martwych ptaków znalezionych w Warszawie. Ponownie niektóre media puściły wodze fantazji, choć przecież nie jest to wirus nowy. Występuje w populacjach ptactwa na terenie Europy, roznoszony głównie choć nie tylko przez komary. Zakażając ludzi w zdecydowanej większości przypadków nie powoduje żadnych objawów. Proponowane w niektórych medialnych materiałach działania profilaktyczne polegające na intensyfikowaniu zwalczania komarów, wydawały się przesadne i nieproporcjonalne w stosunku do realnej wagi problemu stwarzanego przez ten patogen w naszej części świata.

Nie handlujmy zaufaniem do nauki

Choroby zakaźne stały się więc elementem ekonomii uwagi. Istotne problemy, które nie są tak atrakcyjne medialnie – jak nadużywanie antybiotyków, spadek wyszczepialności przeciw odrze czy sezonowe zagrożenia zakażeniami układu oddechowego – nie przebiją się tak łatwo na pierwsze strony. Nie budzą bowiem sensacji i nie da się ich nacechować strachem. A przecież to właśnie one realnie zagrażają zdrowiu publicznemu w naszej rzeczywistości.

Oczywiście nie chodzi o to, by bagatelizować zagrożenia, nawet te odległe. W świecie globalnych podróży i zmian klimatu choroby zakaźne rzeczywiście stanowią coraz bardziej złożone wyzwanie. A przezorny zawsze ubezpieczony. Jednak między ignorancją a histerią jest przestrzeń dla rzetelnej informacji – takiej, która wyjaśnia, a nie straszy. Tłumaczy kontekst, a nie tylko epatuje nagłówkiem.

Niewątpliwie media mają tu do odegrania rolę trudną, ale niezbędną. Powinny kształtować społeczną czujność, jednak goniąc za sensacją, coraz częściej ją zobojętniają. Jeśli każde ognisko, nawet w odległym zakątku świata, czy każdy niepotwierdzony przypadek choroby staje się zapowiedzią globalnego kryzysu, to trudno oczekiwać poważnych reakcji ze strony społeczeństwa. A gdy faktycznie pojawi się patogen wymagający mobilizacji, może się okazać, że opinia publiczna zignoruje zagrożenie, zmęczona alarmem, który wcześniej wielokrotnie okazywał się fałszywy – lub fałszywie wykreowany.

Jest jeszcze jeden negatywny aspekt podsycania sensacji wokół egzotycznych zagrożeń. Każdorazowo aktywizują one środowiska osadzone w narracji teorii spiskowych. Dla nich każdy medialny alarm jest dowodem na istnienie „ukrytych planów” – od rzekomych eksperymentów biologicznych po celowe sianie paniki przez „globalne elity”. Takie narracje rozlewają się błyskawicznie po mediach społecznościowych, zacierając granicę między informacją a dezinformacją. Co więcej, paradoksalnie napędzają one zasięgi tym samym mediom, które pierwotnie sensację rozdmuchały, bo każda kolejna publikacja, udostępnienie czy komentarz, niezależnie od intencji, wzmacnia algorytmy widoczności. Tracą na tym odbiorcy, którzy w gąszczu sprzecznych przekazów gubią zaufanie do merytorycznych i wartościowych treści.

Warto więc nauczyć się rozróżniać między tym, co faktycznie wymaga czujności, a tym, co jedynie dobrze się mediom sprzedaje. Bo choroby zakaźne to nie scenariusz thrillera, lecz codzienna praca naukowców, epidemiologów, diagnostów i lekarzy. A w świecie realnych zagrożeń epidemiologicznych sensacyjny nagłówek to zbyt tania waluta, by przehandlować nią zaufanie do nauki.

Tekst dr. hab. Piotra Rzymskiego z Zakładu Medycyny Środowiskowej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu opublikowano w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej 3/2026.

Przeczytaj także: „Od kliknięcia do przemocy”.

Źródło:
Biuletyn Wielkopolskiej Izby Lekarskiej/Piotr Rzymski
Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Aktualności
Tagi: Piotr Rzymski