Limity w AOS – między zrozumieniem a oczekiwaniem
– Jako dyrektor szpitala doskonale wiem, jak trudno jest być w sytuacji, w której oczekuje się od kogoś przeznaczenia dodatkowych pieniędzy na leczenie, sprzęt lub wynagrodzenia, a nie ma takich szans. Częściowo rozumiem sytuację, w której znalazł się Narodowy Funduszu Zdrowia, ale nie można na innych przerzucać odpowiedzialności – komentuje w „Menedżerze Zdrowia” Grzegorz Sieńczewski, analizując zmiany w AOS.
- Narodowy Fundusz Zdrowia zamierza płacić za nadwykonania w przypadku ambulatoryjnych świadczeń diagnostycznych kosztochłonnych, ale tylko 40 proc. ich wartości
- W „Menedżerze Zdrowia” komentuje to dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Stanisława Staszica w Pile Grzegorz Sieńczewski
- Sieńczewski zwraca uwagę, że za kilka lat poniesiemy ogromne koszty tej decyzji. – Zaczniemy leczyć pacjentów w zaawansowanych stadiach choroby – twierdzi
- Ekspert narzeka też na nieprzewidywalność i kłopoty w komunikacji
- Artykuł to część cyklu „Limity w AOS”
Jako dyrektor szpitala doskonale zdaję sobie sprawę, jak trudno jest być w sytuacji, w której oczekuje się od kogoś przeznaczenia dodatkowych pieniędzy na leczenie, sprzęt lub wynagrodzenia, a nie ma na to szans. Wiem, jak problematyczne są rozmowy z pracownikami, gdy przedstawiane argumenty są racjonalne, jak trudno odmówić kolejnego remontu lub zakupu nowoczesnego sprzętu, gdy pacjenci oczekują lepszych warunków, na które zasługują, i jak kłopotliwe są rozmowy z księgową, kiedy mowa o płynnościach. Wiem, jak to jest – dlatego gdzieś w głębi serca rozumiem sytuację, w której znalazł się Narodowy Fundusz Zdrowia, ale…
Tak jak my, dyrektorzy, we własnych jednostkach ponosimy odpowiedzialność i konsekwencje naszych decyzji, nie przerzucając na innych odpowiedzialności, tak i w obecnej sytuacji chcemy, aby ktoś, kto system organizuje, wziął odpowiedzialność na siebie.
Próby wprowadzenia jakichkolwiek limitów w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej dotyczą trzech podstawowych problemów w funkcjonowaniu ochrony zdrowia.
40 proc. wartości – szczegóły w projekcie zarządzenia
Szefostwo Narodowego Funduszu Zdrowia zapowiedziało zmiany w finansowaniu nadwykonań niektórych świadczeń zdrowotnych – NFZ zamierza płacić za nadwykonania w przypadku ambulatoryjnych świadczeń diagnostycznych kosztochłonnych, takich jak gastroskopia, kolonoskopia, rezonans magnetyczny i tomografia komputerowa, płacąc tylko 40 proc. ich wartości i rozliczając je pod koniec roku – zapisano to w projekcie zarządzenia prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia zmieniającym zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej w rodzaju ambulatoryjna opieka specjalistyczna.
Dłuższe kolejki – to oczywiste
Po pierwsze, oczywisty jest fakt, że wprowadzenie limitów ograniczy dostępność do badań i wydłuży kolejki do specjalistów. Żadne zaklinanie rzeczywistości mówiące o braku wpływu na dostęp do diagnostyki i leczenia nie ma racji bytu – ograniczymy diagnostykę nowotworów, obciążymy oddziały szpitalne, zaniedbamy profilaktykę, wzmocnimy prywatną ochronę zdrowia.
Za kilka lat poniesiemy ogromne koszty tej decyzji – zaczniemy leczyć pacjentów w zaawansowanych stadiach choroby. Popełniamy szkolny błąd w świecie, który już dawno udowodnił, że dostęp do profilaktyki i specjalistów to w konsekwencji ograniczenie kosztów całego systemu.
Niestabilizacja
Po drugie, sprawny system to stabilna sytuacja finansowa szpitali.
Brakuje słów, aby nazwać siłowe rozwiązanie zaoferowane przez NFZ, tak bardzo psujące finanse jednostek ochrony zdrowia – zapłata 40 proc. za badania wykonane ponad limit w AOS, rozliczanie na koniec roku i w dodatku obowiązujące z datą wsteczną, ogłoszone w marcu!
To naruszenie podstawowych zasad zaufania, partnerstwa i przewidywalności.
Jeśli takie same zasady zostaną wprowadzone nie tylko w zakresie badań, to poniesione koszty trzeba będzie pokryć, zadłużając nasze jednostki.
Oczywiste jest także, że szpitale (i inne podmioty) nie będą kredytować NFZ, czekając na zapłatę za świadczenia wykonane na przykład w kwietniu do końca roku i to w wysokości 40 proc., albowiem nawet gdyby były takie chęci, to najzwyczajniej nie będzie na to pieniędzy.
Rozmawiajmy
Po trzecie, komunikacja – i w systemie, i ze społeczeństwem.
Osoby profesjonalnie zajmujące się ochroną zdrowia wiedzą, z czym się borykamy, jakie decyzje doprowadziły do tej sytuacji i (po części) rozumiemy problemy, tym bardziej uczciwy dialog przyniósłby więcej korzyści.
Zaskakujące decyzje podejmowane bez ostrzeżenia destabilizują system.
Wprowadzane zmiany nie są także jasno komunikowane społeczeństwu – pacjenci nie rozumieją, co oznacza płacenie 40 proc. wartości za świadczeń zdrowotne wykonane ponad limit w AOS. Oni oczekują od szpitali, podmiotów leczniczych i organów założycielskich leczenia, a my nie mamy możliwości, by im wytłumaczyć, że nie mamy finansowania, z jakiego źródła i dlaczego nagle zmniejszyła się dostępność do lekarzy.
Możemy przetrwać wiele, możemy się dostosowywać się, być elastyczni, ale potrzebujemy dialogu, przewidywalności i partnerstwa, a także, aby obok nas ktoś stanął i uczciwie wytłumaczył pacjentom, na co należy się przygotować.
Przeczytaj także: „Kto badania limituje, ten raka promuje”, „Uwaga, limity!”, „Limity w AOS – wyroki śmierci” i „Limity w AOS = brak diagnostyki”
Więcej o zmianach w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej po kliknięciu w poniższy baner.
Menedżer Zdrowia/Grzegorz Sieńczewski

