Dzień dobry
Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Autor: Milena Kruszewska

W kolejce po zdrowie

iStock

Wstawanie o świcie, setki głuchych telefonów i miesiące, a nawet lata czekania. Choć politycy chętnie obiecują nam system bez kolejek, dla milionów Polaków walka o powrót do sprawności zaczyna się od wielomiesięcznej „odysei” w rejestracji. Kolejka to wciąż najpopularniejsza (i najbardziej szkodliwa) procedura medyczna w Polsce.

  • Polska na 70. miejscu na świecie – w globalnym rankingu Numbeo Health Care Index nasz system ochrony zdrowia wypada podobnie jak w Nepalu czy Ghanie, a czas oczekiwania na pomoc w publicznych placówkach został oceniony katastrofalnie, to jest na niespełna 18 punktów na 100
  • Kolejka to technologia medyczna o udowodnionej szkodliwości
  • Aż 78 procent głuchych telefonów – zanim pacjent w ogóle zapisze się na wizytę, musi przetrwać „kolejkę do kolejki”. Ankieterzy Fundacji Watch Health Care wykonali setki połączeń, z których większość pozostała bez odpowiedzi, a rekordowy czas oczekiwania na linii wyniósł blisko półtorej godziny
  • 30 miesięcy walki o powrót do zdrowia – tyle trwa średnio cała „odyseja pacjencka”: od pierwszej wizyty u lekarza rodzinnego do operacji usunięcia żylaków kończyn dolnych. Dla chorego to nie tylko suche liczby, ale przede wszystkim miesiące fizycznego cierpienia i postępującej choroby
  • W „Menedżerze Zdrowia” publikujemy tekst prezes Fundacji Watch Health Care

„Za czym kolejka ta stoi? Po szarość, po szarość, po szarość. Na co w kolejce tej czekasz? Na starość, na starość, na starość” – zaśpiewała w 1981 r. Krystyna Prońko w „Psalmie stojących w kolejce”.

System opieki zdrowotnej to jeden z ostatnich bastionów socjalizmu w Polsce, w którym archetyp Polaka stojącego w kolejce jest wciąż żywy. Wstawanie o świcie, walka o numerek, czekanie na przyjęcie.

Niepewność, wspólnota, wróg przekonujący, że on tylko po receptę. Ale kolejka do lekarza nie jest chorobą systemu samą w sobie. Kolejka to objaw choroby, jaką jest dysproporcja między zawartością koszyka świadczeń „gwarantowanych” (cudzysłów celowy) a wielkością środków na jego realizację.

Miarą systemu ochrony zdrowia jest to, czy pani Grażyna z powiatu otrzyma pomoc tak samo łatwo, szybko i takiej samej jakości jak na przykład pan poseł z Warszawy. Znamy odpowiedź na to pytanie. Obietnice poprawy dostępności do świadczeń zdrowotnych składane są we wszystkich kampaniach przez wszystkie partie. I przez wszystkie partie nie są dotrzymywane. Niestety pacjenci nie wyjdą palić opon przed Sejmem, bo chory człowiek nie ma na to siły. Nie pójdą tego robić opiekunowie chorych, bo nie mają na to czasu. Natomiast politycy w Polsce nie czują motywacji do działań na rzecz skracania kolejek, ponieważ sami w nich nie stoją.

Polak w kolejce

Niedawno media społecznościowe obiegła informacja, że z najnowszego zestawienia Numbeo Health Care Index 2026 – w którym obywatele oceniają system ochrony zdrowia w swoim kraju – wynika, że Polska zajmuje 70. pozycję na 100 sklasyfikowanych państw i że podobną punktację otrzymały na przykład Nepal, Ghana czy Peru. Dane te opierają się na opiniach osób odwiedzających witrynę Numbeo w ostatnich 5 latach. Przyznawać można oceny od zera do setki.

Z punktacją 57,9 Polska na tle świata uplasowała się na miejscu 70. (na 100), a na tle Europy – na miejscu 27. (na 39). Delikatnie mówiąc, dobrze nie jest, ale jest też pewna istotna słabość analizy – zaledwie ok. 250 osób z Polski podzieliło się swoją oceną. Aż ciśnie się na usta – to kompletnie niemiarodajne! Ale równocześnie myślę sobie – może właśnie w tym wypadku to jest miarodajne w punkt, tu nie trzeba szukać więcej osób do oceny, chyba że chcemy, żeby wyniki były jeszcze gorsze (albo lepsze, jeśli zapytamy polityków będących przy władzy i ich znajomych urzędników).

Najgorzej oceniona została satysfakcja z czasu oczekiwania na pomoc w publicznym systemie – otrzymała niespełna 18 punktów. W prywatnym systemie – 56 i to także był najgorszy wynik, jeśli chodzi o komercyjny rynek.

Polacy bardzo dobrze ocenili w badaniu sprzęt do nowoczesnej diagnostyk i i leczenia oraz dostępność rozumianą jako lokalizację placówki medycznej, natomiast umiarkowanie umiejętności i kompetencje personelu medycznego. Czyli mamy do przychodni czy szpitala całkiem blisko, mamy w tych placówkach porządne sprzęty i pracuje w nich personel, z którym jesteśmy w stanie się dogadać. Tylko co po tym wszystkim, skoro nie możemy się tam dostać?

Udowodniona szkodliwość

„Kolejka to technologia medyczna o udowodnionej szkodliwości” – autorem tych słów, które coraz częściej usłyszeć można na branżowych konferencjach, jest lekarz Krzysztof Łanda, założyciel fundacji Watch Health Care, która od 2012 r. publikuje dane na temat czasu oczekiwania na świadczenia zdrowotne w Polsce.

Nasze coroczne raporty „Barometr WHC” są efektem analiz dostępu do diagnostyki i leczenia w 43 dziedzinach medycyny. W każdej z nich wybraliśmy kilka świadczeń – takich, które są często wykonywane i istotne z punktu widzenia zdrowia publicznego. Są to tzw. świadczenia wskaźnikowe, niezmienne od niemal dekady. Zasadniczym celem „Barometru WHC” jest monitorowanie zmian czasu oczekiwania na świadczenia „gwarantowane” w Polsce. Weryfikacja średniego czasu oczekiwania przeprowadzana jest w ponad 1500 placówkach medycznych posiadających kontrakt z NFZ. Dla mnie jednak – obok precyzji danych związanych z liczbami – ogromną wartością naszych raportów jest to, że mierzymy kolejki do lekarzy oczami pacjentów, a nie sprawozdaniami NFZ, na które w ogóle nie patrzymy. Nasi ankieterzy dzwonią do przychodni i szpitali, przedstawiając się jako pacjenci z określoną potrzebą zdrowotną i prosząc o wskazanie terminu wizyty. Dlatego wiemy dokładnie, co dzieje się na początkowym, „wejściowym” etapie kontaktu pacjenta z systemem.

Kolejka do kolejki

Rejestracja – to tu padają pierwsze słowa, które słyszy pacjent, szukając pomocy. „Na ten rok już nie ma zapisów i jeszcze nie ma terminarza na rok przyszły, więc trzeba dzwonić co jakiś czas i pytać” – to nasi ankieterzy słyszą coraz częściej. Zanim więc pacjent trafi do kolejki do lekarza, przetrwać musi kolejkę na wielu liniach telefonicznych. Podczas zbierania danych do ostatniego raportu jeden z ankieterów wykonał 292 połączenia – tyle że 229 z nich stanowiły… powtórzenia połączeń (78 proc.), ponieważ nikt nie odbierał. Rekordem było 50. miejsce w kolejce oczekujących na połączenie, a maksymalne oczekiwanie na połączenie zajęło niemal półtorej godziny – 89 minut i 51 sekund.

Często powtarza się sytuacja, że placówka nie uznaje skierowania wystawionego przez lekarza, który nie jest w niej zatrudniony. Zdarza się, że uzyskanie informacji o czasie oczekiwania jest możliwe tylko pod warunkiem podania numeru PESEL pacjenta. W jednej z placówek osoba z rejestracji nie była w stanie podać terminu wizyty, tłumacząc, że kalendarz znajduje się u lekarza, który teraz przyjmuje.

Pojawiają się też akty solidarności: czas oczekiwania na wizytę w jednej z poradni został określony na 700 dni, jednak pracownik rejestracji polecał osobistą wizytę, aby poprosić lekarzy o przyspieszenie terminu. Nasi ankieterzy wielokrotnie też odsyłani są do placówek w innych miastach. Uwaga, zdradzam ważny element strategii dodzwaniania się: najdłuższy czas oczekiwania na połączenie dotyczy poradni i numerów ogólnych szpitali. Najkrótszy – dyżurek lekarskich i pielęgniarskich. Przy czym oczywiście bezpośrednie numery do dyżurek lekarskich nie zawsze są dostępne w publicznych kanałach informacji.

Z kolejki w e-kolejkę

Warto tu przypomnieć, że w lutym Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wskazał, że trudności w skutecznym dodzwonieniu się do przychodni są naruszeniem zbiorowego prawa pacjentów do świadczeń udzielanych z należytą starannością (art. 8 ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta). Nie ma więc wątpliwości, że podmiot leczniczy musi tak zorganizować pracę, aby rejestracja telefoniczna była realnie dostępna dla pacjentów. Mało tego – jak podkreśla RPP, poszczególne sposoby rejestracji są niezależne i mogą podlegać osobnej ocenie w kontekście stosowania praktyk naruszających zbiorowe prawa pacjentów: brak „drożności” jednego kanału (na przykład telefonu) nie może być usprawiedliwiany dostępnością innego (na przykład rejestracji osobistej).

A co z kanałem obiecywanym już przez wielu ministrów zdrowia, czyli e-rejestracją?

Ciekawostka: przy próbie telefonicznej rejestracji na wizytę do poradni kardiologicznej w marcu nasza ankieterka otrzymała informację, że w przypadku tego rodzaju opieki ambulatoryjnej funkcjonuje nowy program pilotażowy w formie e-rejestracji i do tego systemu została odesłana – jako do wyłącznego źródła informacji o dostępnych terminach. Tym samym narzędzie, które według polityków skróci kolejki do lekarzy, stało się dla naszej ankieterki kolejną systemową blokadą. Teza, że e-rejestracja skróci kolejki do lekarzy, jest dosyć ryzykowna. Ona przede wszystkim pokaże, jak długie są te kolejki (stąd odwlekanie jej wdrożenia od lat), o ile oczywiście zachowana zostanie przejrzystość i skrupulatność przedstawianych danych. Upieranie się, że sama e-rejestracja w odczuwalnym dla pacjentów stopniu skróci kolejki do lekarzy, jest jednocześnie przyznaniem, że dziś w „klasycznej” rejestracji dochodzi do gigantycznych, bezkarnych nadużyć. Niestety wyeliminowanie specjalnego zeszytu dla VIP-ów i znajomych, przeskakiwania z prywatnego gabinetu lekarza do publicznego szpitala czy łatwiejsze „odzyskiwanie” niewykorzystanych wizyt to zdecydowanie za mało, by mieć nadzieję na systemowe, odczuwalne skrócenie kolejek.

Wizyty z odzysku

Kiedy kierownictwo Ministerstwa Zdrowia chwali się, że „odzyskano” już pół miliona wizyt, zastanawiam się, co stało się z tymi pacjentami, którzy załapali się na wolny termin – czy nie utknęli na przykład w kolejnych kolejkach, np. do badań, których finansowanie jest ścinane? Dyrektorzy szpitali publicznie przyznają, że dostęp do kolonoskopii czy gastroskopii znacząco się pogorszył.

Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku w kwietniu wydało komunikat: „Chcielibyśmy Państwa przeprosić, ale w związku ze zmianami sposobu finansowania badań obrazowych jesteśmy zmuszeni do zmiany terminów udzielania świadczeń z zakresu TK i MRI”. Już dzień później jednak pojawił się nowy komunikat, brzmiący jak komunikat po reprymendzie: „W związku z nieprecyzyjnymi informacjami pojawiającymi się w mediach społecznościowych, które mogą wprowadzać Państwa w błąd, informujemy, że szpital nie odwołuje żadnych badań obrazowych”. Padło także osobliwe zapewnienie, że „szpital stale zwiększa możliwości diagnostyczne dla pacjentów dzięki współpracy z Ministerstwem Zdrowia”.

W maju resort informował, że dostępnych jest ponad 75 tys. miejsc na testy HPV HR oraz ponad 260 tys. miejsc na mammografię. To pokazuje, że są sytuacje, w których dostępność do świadczeń nie przekłada się na skrócenie kolejek. W 2025 r. w programie profilaktyki raka piersi objęcie populacji wyniosło 33,53 proc. W programie profilaktyki raka szyjki macicy wskaźnik ten wyniósł 12,5 proc., a w programie badań przesiewowych raka jelita grubego – 15,84 proc. Polacy nie korzystają z badań profilaktycznych – bo państwo ich do tego nie zachęca i nie gwarantuje, że po ich wykonaniu w razie potrzeby zapewni im pomoc na czas.

Jest coraz gorzej

Zgodnie z danymi „Barometru WHC” na przełomie września i października zeszłego roku pacjenci musieli czekać w kolejkach:

  • na świadczenia zdrowotne (w „Barometrze” to średnia obejmująca czas oczekiwania na poradę lekarską, badanie, zabieg, operację) – 4,2 mies. (w 2024 r. – 4,2 mies.),
  • do lekarza specjalisty – 4,2 mies. (w 2024 r. – 4,3 mies.),
  • na badania diagnostyczne – 2,8 mies. (w 2024 r. – 3,1 mies.).

Porównując te wyniki z rokiem 2024, widać stagnację. Drobne zmiany na plus, jeśli chodzi o kolejki do lekarzy i na badania diagnostyczne, nie są odczuwalne dla pacjentów, ponieważ to wciąż kwestia kilku dni z kilkudziesięciu. Ponadto w 2024 r. zwróciliśmy uwagę, że pacjenci jeszcze nigdy, odkąd zaczęliśmy zbierać dane (2012 r.), nie czekali tak długo na pomoc. To jednak nie wszystko.

Pacjent rzadko kiedy potrzebuje jednej wizyty. Dlatego sprawdzamy także, ile trwa cała tzw. odyseja pacjencka – czyli moment od wizyty u lekarza POZ do właściwego rozpoznania dolegliwości i rozpoczęcia leczenia czy przeprowadzenia niezbędnego zabiegu. Na przykład cierpiący z powodu żylaków kończyn dolnych udaje się do lekarza rodzinnego (kilka dni oczekiwania), ten kieruje go do angiologa (ponad 9 miesięcy oczekiwania), który wysyła go na USG Dopplera (5 miesięcy oczekiwania), następnie pacjent z wynikami udaje się na wizytę do chirurga naczyniowego (ponad 9 miesięcy oczekiwania) i wreszcie na operację (ponad pół roku oczekiwania).

Łączny czas od wizyty u lekarza rodzinnego do operacji usunięcia żylaków kończyn dolnych wyniósł zatem około 30 miesięcy. Kolejny przykład – po wizycie u lekarza POZ pacjent doczeka się endoprotezoplastyki stawu kolanowego po 25 miesiącach. Średni czas oczekiwania na leczenie aparatem ortodontycznym od wizyty u ortodonty wynosi 21 miesięcy. A w przypadku operacji wymiany zastawki serca od wizyty u lekarza POZ do przeprowadzenia operacji mija ponad 19 miesięcy.

To nie tylko miesiące niepewności, strachu i frustracji, znajdujące ujście często w gabinecie lekarza, który nie jest tu przecież niczemu winny. To także fizyczne cierpienie pacjenta, którego stan się pogarsza. Jego choroba rozwija się, a opóźnione leczenie bywa znacznie mniej skuteczne. Im później wdrożona profilaktyka, diagnostyka czy terapia, tym wyższe wskaźniki powikłań, a nawet śmiertelności.

Zachód nam zazdrości?

W kwietniu 2026 r. wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka powiedziała, że kraje Europy Zachodniej mogą nam pozazdrościć tak dużych koszyków świadczeń gwarantowanych. Cóż, może i mogą nam pozazdrościć, jeśli mówimy o gwarancjach papierowych, bo papier przyjmie wszystko, a budżet niestety nie – i oczywiście wszystkie systemy opieki zdrowotnej na świecie, niezależnie od modelu organizacyjnego czy poziomu zamożności kraju, stają przed tym samym wyzwaniem: jak pogodzić rosnące potrzeby zdrowotne społeczeństwa i postęp technologiczny z ograniczonymi zasobami finansowymi – ale nie jest to żadne usprawiedliwienie dla faktu, że to Polacy czekają miesiącami w kolejkach do „gwarantowanych” świadczeń.
Rozstrzał między nieograniczonymi potrzebami zdrowotnymi a ograniczonymi funduszami zmusza decydentów do dokonywania trudnych wyborów dotyczących racjonowania świadczeń zdrowotnych czy priorytetyzacji tego, co jest finansowane z koszyka.

W Polsce z jednej strony chwalimy się poziomem dostępu do innowacyjnych terapii, a z drugiej nie jesteśmy w stanie zapewnić podstawowego dostępu choćby do świadczeń stomatologicznych. – Nie widzimy aż takiego oczekiwania, szczególnie ze strony dorosłych, aby był to segment publiczny – mówił Adam Niedzielski, będąc ministrem zdrowia.

W 2025 r. do koszyka świadczeń trafiły 152 innowacyjne terapie, dzięki czemu Polska pierwszy raz w historii znalazła się powyżej średniej Unii Europejskiej w raporcie W.A.I.T. Europejskiej Federacji Przemysłu Farmaceutycznego EFPIA. Jednocześnie raport „Barometr WHC” pokazuje, że na wyrwanie zęba mądrości Polak musi zaczekać 4 miesiące.

Tekst Mileny Kruszewskiej, prezes Fundacji Watch Health Care, opublikowano w „Menedżerze Zdrowia” 2/2026.

Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Tylko w „Menedżerze Zdrowia” Aktualności
Tagi: Milena Kruszewska pacjent pacjenci ochrona zdrowia w Polsce kolejka kolejki kolejki do lekarzy czas oczekiwania na wizytę Numbeo Health Care Index Fundacja Watch Health Care Barometr Watch Health Care Krzysztof Łanda Ministerstwo Zdrowia koszyk świadczeń gwarantowanych e-rejestracja odyseja pacjencka dostęp do leczenia badania diagnostyczne tomografia komputerowa rezonans magnetyczny ultrasonografia Dopplera chirurgia naczyniowa endoprotezoplastyka profilaktyka zdrowotna