Prawdziwy Madagaskar jest inny niż w kolorowym folderze
Na Madagaskarze publiczna ochrona zdrowia niemal nie istnieje – na tysiąc mieszkańców przypada tam zaledwie 0,2 lekarza, a w szpitalach państwowych pacjenci muszą płacić za wszystko: od leków, przez strzykawki i jednorazowe rękawiczki, aż po wypisanie recepty. Co więcej, chorzy nie mogą liczyć na opiekę pielęgniarek, a ich przetrwanie zależy od członków rodzin, którzy koczują pod placówkami, by ich karmić i myć. W tych realiach błahe schorzenia stają się wyrokiem śmierci.
O realiach tego kryzysu medycznego opowiada Katarzyna Urban, dyrektor kreatywna Polskiej Fundacji dla Afryki i autorka bloga KawalekAfryki.pl, która wyjaśnia, jak dzięki wsparciu polskich darczyńców na wyspie powstał nowoczesny Szpital Polski.
Wiele osób pyta, dlaczego fundacja pomaga akurat tam, skoro polski system zdrowia również mierzy się z licznymi potrzebami. Katarzyna Urban wyjaśnia, że na Madagaskarze te potrzeby są niewyobrażalnie większe. Obrazuje to wspomnieniem z Mampikony na północy wyspy – miejscowości zamieszkałej przez około 40 tysięcy osób, gdzie niedawno wybudowano placówkę. Pewnego dnia przyszedł stamtąd list z lokalnego sądu z prośbą o pożyczenie nożyczek na dwa dni, ponieważ instytucji nie było stać na ich zakup. Zdaniem dyrektor kreatywnej ta prozaiczna prośba idealnie oddaje skalę tamtejszej biedy.
W tym regionie ludzie umierają na schorzenia, które w Europie są w pełni wyleczalne. Problemem jest nie tylko brak placówek, ale też fatalny stan infrastruktury – brakuje asfaltu, kanalizacji i elektryfikacji.
– Na poród, operację czy na badania chorzy muszą jechać cały dzień. A że taką wizytę trzeba połączyć z noclegiem, to niewielu na to stać. Do lekarza, a często tylko do pielęgniarki, bo medyków bardzo brakuje, mieszkańcy regionu musieli dotąd iść 20 kilometrów w jedną stronę. To absolutnie wykluczało ich z dostępu do opieki medycznej – tłumaczy Katarzyna Urban.
W efekcie nawet błahe dolegliwości, pozostawione bez profesjonalnej pomocy, stają się śmiertelnym zagrożeniem.
Koczowanie pod szpitalem
Sytuacja w placówkach publicznych jest zatrważająca. Często brakuje w nich dostępu do podstawowych testów, aparatów USG czy RTG, przez co lekarze nie są w stanie zdiagnozować malarii lub gruźlicy. W niektórych miejscach nie ma nawet bieżącej wody. Rozmówczyni wspomina, że dla jednego ze szpitali państwowych fundacja musiała ufundować studnię, ponieważ kobiety idące do porodu przynosiły ze sobą własne bidony.
Statystyki są bezlitosne: na tysiąc mieszkańców przypada tam zaledwie 0,2 lekarza i 0,2 łóżka szpitalnego. Na dodatek państwowa służba zdrowia jest w pełni płatna – pacjent pokrywa koszty wszystkiego: od leków i strzykawek, przez jedzenie, aż po jednorazowe rękawiczki czy wypisanie recepty. Chorych nie obsługują pielęgniarki, lecz członkowie rodzin, którzy koczują przy ogniskach pod szpitalem, aby gotować bliskim posiłki, myć ich i zmieniać im pościel.
Pytana o to, jak w takich warunkach radzą sobie matki, Katarzyna Urban wspomina poruszającą historię Natashy, której syn Jenik urodził się w siódmym miesiącu ciąży. Ponieważ w okolicy nie było inkubatora, kobieta przez trzy tygodnie owijała noworodka w koc z dwiema butelkami ciepłej wody. W ten sposób stworzyła domowy inkubator i uratowała dziecku życie.
Pomoc, która rodzi się na miejscu
Katarzyna Urban podkreśla, że wszystkie projekty Polskiej Fundacji dla Afryki powstają wyłącznie z inicjatywy lokalnej społeczności. Zaznacza, że zespół nie wymyśla działań za biurkiem w Krakowie, ponieważ wychodzi z założenia, że miejscowi wiedzą najlepiej, czego im potrzeba. Fundacja pełni jedynie rolę pasa transmisyjnego dla funduszy zbieranych od darczyńców.
W nowo powstałym szpitalu zatrudnienie znajdzie ponad 100 osób. Co ważne, wszyscy pracownicy – włącznie z dyrekcją – są pochodzenia malgaskiego.
– Są to wykwalifikowani specjaliści, z którymi współpracowaliśmy już w czasie naszych wyjazdów medycznych. Zdaniem szefowej tych misji, Malgasze są świetnymi diagnostami. Wynika to między innymi z faktu, że nie mogąc korzystać z najnowszej technologii, muszą radzić sobie z tym, czym dysponują w danej chwili. Ze swoimi kwalifikacjami bez problemu dostaliby pracę również w szpitalach europejskich – ocenia Katarzyna Urban.
Placówka rozpoczęła już współpracę z uniwersytetem w Mahajanga, który będzie kierował tam studentów na staże, a polskie misje skupią się na szkoleniach i wymianie wiedzy. Budowa obiektu ruszyła 6 lat temu i została w całości sfinansowana z drobnych wpłat Polaków, bez jakichkolwiek dotacji państwowych.
Oficjalne otwarcie odbyło się 10 czerwca tego roku i zgromadziło około 5000 osób, stając się ogromnym wydarzeniem dla całego regionu
– Nasza placówka będzie utrzymywać się z niewielkich opłat od pacjentów, których na to stać. Ci najubożsi otrzymają pomoc za darmo. Założenie jest jasne: nikt nie zostanie bez pomocy i lekarstw – zapowiedziała wówczas dyrektor szpitala Landry Mahavanona zapowiedział wówczas.
Katarzyna Urban przyznaje, że samofinansowanie to wariant optymistyczny. Gdyby pacjenci nie byli w stanie pokryć kosztów (część z nich będzie „płacić” ekwiwalentem, np. kiścią bananów), fundacja bierze pełną odpowiedzialność za przyszłe utrzymanie szpitala i pokryje brakujące kwoty ze środków własnych. Obecnie w placówce działa już SOR, przychodnia ogólna, laboratorium oraz cztery oddziały: ginekologia i położnictwo, oddział wewnętrzny, pediatria i okulistyka. Najpilniejszym celem jest teraz zakup aparatu RTG, który w zasięgu jednego dnia drogi będzie jedynym takim urządzeniem.
Osobista misja i zderzenie światów
Zapytana o to, jak zaczęła się jej przygoda z wolontariatem, Katarzyna Urban wraca pamięcią do turystycznej wyprawy sprzed lat. Wybrała się wtedy z 11-letnią córką do Tanzanii. Podróż bez biura podróży i zjazd ze sztandarowych szlaków pozwoliły jej zobaczyć zupełnie inny świat. Poznała wówczas Monicę, samodzielną matkę, która od świtu do nocy łupała kamienie na żwir, zarabiając 70 groszy za wiadro. Jej dzienna pensja wystarczała zaledwie na cztery butelki wody, na które i tak nie mogła sobie pozwolić. Po powrocie do kraju rozmówczyni zaangażowała się w działania fundacji, a od 8 lat jest w niej zatrudniona na etacie.
Praca w organizacji charytatywnej uświadomiła jej ogromne dysproporcje, jakie dzielą zachodni świat od Afryki. Doświadczyła tego osobiście, gdy dwukrotnie zachorowała na malarię – raz w Afryce, a drugi raz w Polsce. Wspomina, że gdy w sobotni wieczór w Krakowie dostała **40 st. C** gorączki i silnych dreszczy, natychmiast trafiła na SOR, a w środę opuściła szpital w pełni zdrowa. Tymczasem na świecie ta choroba zabija rocznie pół miliona ludzi.
Dyrektor kreatywna fundacji zwraca uwagę na uderzający kontrast w podejściu do podstawowych potrzeb, podając bardzo osobisty przykład. Opowiada, że sama walczy z chorobą otyłościową i wydaje miesięcznie około tysiąca złotych na zastrzyki hormonalne hamujące łaknienie. Tymczasem na Madagaskarze dobra pensja wynosi około 400–500 zł. Przeznacza więc równowartość dwóch tamtejszych pensji na to, by nie czuć głodu, podczas gdy mieszkańcy wyspy jedzą często tylko raz dziennie, a matki z braku mleka karmią niemowlęta wodą z cukrem. Fundacja ma pod opieką dorosłych pacjentów ważących zaledwie 37 kg.
Dlaczego warto pomagać?
Odnosząc się do częstego zarzutu, że należy pomagać najpierw w Polsce, Katarzyna Urban zauważa, że w naszym kraju w skrajnym ubóstwie żyje około 5 proc. społeczeństwa, podczas gdy na Madagaskarze wskaźnik ten sięga aż 75 proc.
– Polska w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat dokonała ogromnej transformacji, nasz kraj zmienił się nie do poznania. Rozwój, aspiracje do pierwszej dwudziestki gospodarek świata... Po prostu myślę, że stać nas już na to, żeby pomagać Globalnemu Południu. Pamiętam, jak w latach 80. dostawaliśmy paczki ze Szwajcarii z ryżem czy kakao. Wtedy to my korzystaliśmy z tej pomocy. Minęło 40 lat i okazuje się, że teraz to my jesteśmy tą bogatą częścią świata, która może pomóc biedniejszym – podkreśla Katarzyna Urban.
Codzienna walka z niewidzialnym wrogiem
W rejonie Mampikony największym wyzwaniem zdrowotnym pozostaje malaria. Niezdiagnozowana i nieleczona z powodu braku leków zbiera tam śmiertelne żniwo. Drugim kluczowym problemem jest skrajne niedożywienie – chronicznie dotyka ono aż 40 proc. malgaskich dzieci. Dwulatki ważą tam nierzadko po 6 kilogramów. Ponadto śmiertelność kobiet przy porodzie jest 200 razy wyższa niż w Polsce.
Do listy problemów dochodzi gruźlica, choroby pasożytnicze wywołane brakiem czystej wody (takie jak bilharcjoza, objawiająca się między innymi krwiomoczem), a także trąd, tyfus czy cholera. Poważnym problemem jest też niska wyszczepialność – według danych UNICEF-u zaledwie co piąte dziecko na wyspie jest prawidłowo zaszczepione, co w latach 2018–2019 doprowadziło do tragicznej epidemii odry, w której zachorowało ponad 146 tys. osób.
Katarzyna Urban podkreśla, że zespół fundacji nie uważa się za zbawców Madagaskaru, ale cieszy się, że w promieniu 50 kilometrów od nowego szpitala życie tysięcy ludzi zmieni się diametralnie.
Informacje o bieżących działaniach oraz film dokumentalny „Naprawdę daleko – Droga Leolida do lepszego życia” można znaleźć na stronie internetowej fundacji: www.pomocafryce.pl.
Przeczytaj także: „Wirus H5N1 oficjalnie już wszędzie”.

.jpg)