Dzień dobry
Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Redaktor: Milena Motyl

Początek długiej drogi w medycynie kryzysowej

PAP/Rafał Guz

Zdaniem prof. Roberta Gałązkowskiego, eksperta medycyny ratunkowej, reaktywacja Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi to krok w dobrym kierunku, ale niewystarczający, by zabezpieczyć potrzeby kadrowe armii. Potrzebny jest hybrydowy model kształcenia medyków wojskowych – solidne kształcenia kliniczne na uniwersytetach medycznych uzupełniane specjalistycznym szkoleniem wojskowym. 

Wywiad z prof. Robertem Gałązkowskim, kierownikiem Zakładu Ratownictwa Medycznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, ekspertem w dziedzinie medycyny ratunkowej i medycyny katastrof, który przez 16 lat kierował Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym.

Czy system szkolenia medyków na czas wojny jest budowany w Polsce na serio, czy raczej tworzymy jego pozory?

W ubiegłym roku zapadła bardzo istotna decyzja na poziomie międzynarodowym: jasno rozdzielono szkolenia dla medyków wojskowych i cywilnych. Medycyna pola walki – tzw. TC3 – jest poświecona wyłącznie wojsku. Natomiast dla cywilów przewidziano szkolenie TECC, czyli Tactical Emergency Casualty Care. To fundamentalne rozróżnienie porządkuje system i pozwala uniknąć chaosu kompetencyjnego, który w sytuacji kryzysowej kosztuje życie.

Na czym polega ta różnica w praktyce?

Doktryna nie przewiduje kierowania cywilnych medyków na linię frontu. Ich zadaniem jest działanie w warunkach nadzwyczajnych, ale poza bezpośrednim polem walki.

To oznacza bardzo konkretne konsekwencje organizacyjne i szkoleniowe. Medyk cywilny nie jest żołnierzem – nie jest uzbrojony, nie działa w strukturze bojowej, nie ma zabezpieczenia taktycznego. Jego rolą jest zabezpieczenie zdrowotne ludności cywilnej, funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia i przyjmowanie poszkodowanych już po ich ewakuacji ze strefy bezpośredniego zagrożenia.

To zasadnicza zmiana filozofii działania. W czasie pokoju ratownik ma jeden cel: jak najszybciej dotrzeć do pacjenta i rozpocząć pomoc. W medycynie taktycznej priorytetem staje się bezpieczeństwo ratownika – bo martwy ratownik nie uratuje nikogo.

Dobrym, choć dramatycznym przykładem są doświadczenia z Ukrainy. Dochodzi do ataku rakietowego na cywilny obiekt – targ, dworzec, blok mieszkalny. Na miejsce przyjeżdżają służby. I wtedy następuje drugi atak – celowy, wymierzony właśnie w ratowników. To nie jest przypadek, lecz element taktyki przeciwnika, który dąży do maksymalizacji strat, dezorganizacji systemu i pozbawienia rannych jakiejkolwiek pomocy.

Dlatego w medycynie taktycznej wyróżniamy trzy strefy: gorącą – gdzie trwa bezpośrednie zagrożenie i wejście oznaczałoby narażenie życia; ciepłą – gdzie można podjąć ograniczone, szybkie działania ratujące życie; oraz zimną – gdzie możliwe jest już pełne leczenie. To podejście może wydawać się mniej „heroiczne”, ale w rzeczywistości jest znacznie bardziej racjonalne i – co najważniejsze – skuteczniejsze.

Jakie są te „podstawowe czynności”?

To nie jest medycyna wysokospecjalistyczna, tylko absolutne fundamenty. Procedura MARCH obejmuje opanowanie masywnego krwotoku, udrożnienie dróg oddechowych, ocenę oddychania, wsparcie krążenia oraz zapobieganie hipotermii.

W praktyce oznacza to działania proste, ale krytyczne: założenie opaski uciskowej, zatamowanie krwawienia, udrożnienie dróg oddechowych czy zabezpieczenie pacjenta przed wychłodzeniem.

Czasem to właśnie te najprostsze czynności decydują o wszystkim. Jeśli nie zatrzymamy krwotoku w ciągu pierwszych minut – pacjent umrze. Jeśli nie zabezpieczymy drożności dróg oddechowych – również.

To medycyna pierwszych minut – pozbawiona spektakularności, ale niezwykle skuteczna, bo skoncentrowana na utrzymaniu życia do momentu ewakuacji i przekazania pacjenta w ręce zespołów specjalistycznych.

Czy w Polsce jesteśmy przygotowani kadrowo do takich działań?

Nie w takim stopniu, w jakim powinniśmy być. Przez dekady żyliśmy w przekonaniu, że wojna jest czymś odległym. Rok 2022, kiedy Rosja napadła na Ukrainę, brutalnie to zweryfikował.

Dziś musimy działać wielotorowo: rozwijać medycynę wojskową, wzmacniać system cywilny i budować odporność państwa.

Zapowiadana reaktywacja Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi jest, jak rozumiem, próbą odpowiedzi na pierwszy z wymienionych problemów w ramach reformowania systemowego kształcenia kadr medycznych dla wojska. Natomiast nie możemy budować całego systemu na jednym filarze.

Jeżeli chcemy, by to działało, potrzebujemy modelu hybrydowego. Moim zdaniem powinno to wyglądać tak: lekarz, ratownik medyczny, pielęgniarka kształceni są na uniwersytecie medycznym, zdobywają solidne podstawy kliniczne, a komponent wojskowy – taktykę, procedury pola walki, organizację działań – uzupełniają w strukturach wojskowych, adekwatnie do zadań, jakie w wojsku będą pełnić.

Natomiast wzmocnienie systemu cywilnego i budowa odporności państwa wymaga ścisłej współpracy między MON, Ministerstwem Zdrowia i uczelniami. Mam tu na myśli wspólne programy, wspólne standardy, wspólne ćwiczenia. Dopiero wtedy zbudujemy system, a nie zbiór równoległych inicjatyw, które niestety dzisiaj nie zawsze się zazębiają.

Czy rozwiązaniem byłoby wprowadzenie obowiązkowych zajęć z medycyny taktycznej na studiach medycznych, także tych dla cywili?

I to się właśnie dzieje. W Ministerstwie Zdrowia powstał zespół, który przygotował zmiany w programach nauczania. Jest realna szansa, że takie zajęcia staną się obowiązkowe. Ale kluczowe pytanie brzmi: kto będzie uczył?

Dlatego równolegle musimy budować kadrę instruktorską – ludzi z doświadczeniem klinicznym, którzy pracują w systemie ratownictwa i wiedzą, jak wygląda realne zdarzenie, a nie tylko jego opis w podręczniku.

Czy mamy już taką kadrę?

Tak, choć wciąż jest jej za mało. W kilku ośrodkach w Polsce – w tym na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym – mamy instruktorów z międzynarodową akredytacją. Proces ich szkolenia jest wieloetapowy i wymagający: najpierw kurs podstawowy, potem selekcja, następnie kurs instruktorski i egzamin. Dopiero to daje gwarancję jakości.

Ale żeby system działał, potrzebujemy nie kilkudziesięciu, lecz setek takich instruktorów. I to w całym kraju, nie tylko w największych ośrodkach akademickich. Medycyna taktyczna nie może być wiedzą elitarną – musi stać się standardem.

Jest jeszcze kwestia tzw. zwykłych obywateli – czy oni też powinni być szkoleni?

Zdecydowanie tak – choć w zakresie podstawowej pierwszej pomocy. Powiem coś, co powtarzam od lat: żaden system ratownictwa nie zadziała, jeśli świadek zdarzenia nie podejmie działań jako pierwszy. Czas do przyjazdu służb bywa różny. A mózg zaczyna obumierać już po kilku minutach bez tlenu. To oznacza, że w wielu przypadkach to nie lekarz, lecz przypadkowy przechodzień decyduje o tym, czy ktoś przeżyje.

Ludzie często mówią: „boję się pomóc, żeby nie zaszkodzić”.

To jeden z najbardziej szkodliwych mitów. Człowiek w stanie zatrzymania krążenia już umiera – nie można mu zaszkodzić bardziej, więc to brak działania jest najgorszą decyzją. Dlatego edukacja społeczeństwa powinna być równie ważna jak szkolenie lekarzy.

Co powinniśmy mieć w domowej apteczce, aby być przygotowanym na sytuację kryzysową?

Podstawowy zestaw to opaska uciskowa, opatrunki, bandaż, folia termiczna, nożyczki i maseczka do resuscytacji. Ale sama apteczka nie wystarczy. Trzeba jeszcze wiedzieć, jak jej użyć. I tu wracamy do edukacji – bez niej nawet najlepiej wyposażony człowiek pozostaje bezradny. Tyle tylko, że ludzie są różni: jedni biorą odpowiedzialność za siebie i innych, szukają wiedzy, często z własnej inicjatywy i za własne pieniądze robią kursy ratownictwa. Inni zaś, cóż… wierzą, że wszystko będzie dobrze, albo w razie „W” znajdzie się ktoś, kto się nimi zaopiekuje. Nie oceniam, ale proszę sobie wyobrazić, co może czuć człowiek, który patrzy na to, jak umiera ktoś mu bliski, a on nie wie, jak mu pomóc.

A co ze szkoleniem medyków już pracujących w szpitalach?

To jest bardzo ważny i często niedoceniany element. Personel szpitalny również musi być przygotowany na przyjęcie pacjentów z urazami wojennymi czy po masowych zdarzeniach. To oznacza szkolenia z tzw. damage control – zarówno w zakresie resuscytacji, jak i chirurgii. To są procedury polegające nie na „leczeniu wszystkiego”, ale na szybkim opanowaniu najgroźniejszych problemów – krwotoków, niewydolności oddechowej – i stabilizacji pacjenta. Takie szkolenia są bardziej zaawansowane i powinny być prowadzone w wyspecjalizowanych ośrodkach, w tym również w strukturach wojskowych. Bez przygotowania szpitali cały łańcuch ratunkowy się załamie.

Na koniec – czy jesteśmy dziś bliżej realnego systemu przygotowania medycznego na czas wojny?

Jesteśmy na początku drogi. Zaczęliśmy rozumieć problem, zaczęliśmy budować struktury, ale przed nami jeszcze ogrom pracy. Najważniejsze, by nie poprzestać na deklaracjach. W medycynie kryzysowej liczy się nie to, co zapisano w dokumentach, lecz to, co ktoś potrafi zrobić w pierwszych minutach. I to jest prawdziwy test systemu.

Przeczytaj także: „Prawie 33 mln zł na szkolenie kadr medycznych na wypadek wojny” „A gdyby wojna – opisujemy procedury”.

Menedzer Zdrowia linkedin

Źródło:
PAP
Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Wywiady Aktualności
Tagi: Robert Gałązkowski medycyna pola walki medycyna ratunkowa lekarz lekarze cywilni kryzys konflikty zbrojne wojska medyczne kadry szkolenia wojko MON uczelnie medyczne uczelnie wojskowe Wojskowa Akademia Medyczna w Łodzi