Jeden lekarz, jeden etat – reaktywacja
– Postulat „jeden lekarz – jeden etat” jest racjonalny, a jego realizacja mogłaby dać wiele korzyści. Aby jednak to się udało i nie skończyło katastrofą z powodów, które wymieniłem, konieczne jest wprowadzenie wielu zmian jednocześnie i w wielu miejscach – komentuje „w Menedżerze Zdrowia” Krzysztof Bukiel.
- Politycy z Prawa i Sprawiedliwości oraz partii Razem chcieliby zakazu łączenia pracy w publicznej i prywatnej ochronie zdrowia
- Tę propozycję w „Menedżerze Zdrowia” ocenia Krzysztof Bukiel
- Publikujemy tekst z cyklu „Lekarzu, wybieraj: albo publicznie, albo prywatnie”
Informacje o wysokich wynagrodzeniach niektórych lekarzy zatrudnionych na kontraktach spowodowały, że pojawiły się różne pomysły, aby te pensje obniżyć. Zgłosili je również przedstawiciele rządzących, wskazując przy okazji lekarzy jako winnych deficytu pieniędzy przeznaczanych na publiczne lecznictwo. Pomysłem najprostszym i najłatwiej przychodzącym na myśl, a przy tym najbardziej populistycznym, było administracyjne ograniczenie zarobków. Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda podała nawet pewne kwoty, np. 48 tys. zł brutto miesięcznie dla kontraktowca. Szybko jednak z tego się wycofała. Być może dlatego, że uświadomiła sobie, że gdyby tę kwotę zastosować do wynagrodzeń za etat, to wielu lekarzom trzeba by wartość kontraktu… podnieść.
Owe kilkudziesięciotysięczne pensje są bowiem za pracę przekraczającą znacznie jeden etat, liczone z wynagrodzeniem za dyżury czy inne zadania dodatkowe. Zatem z takiego ograniczenia, jakie zaproponowała minister zdrowia, żadnych korzyści by nie było. Dlatego zapewne pojawił się nowy pomysł (w istocie stary, do którego jednak ad hoc wrócono), aby ograniczyć możliwość pracy lekarzy do jednego miejsca i jednego etatu. Rozumowanie przy tym jest takie: gdy będą mniej pracować, będą mniej zarabiać, czyli cel – ograniczenie kosztów osobowych w publicznej ochronie zdrowia – zostanie osiągnięty i więcej będzie można przeznaczyć na inne cele, np. na leczenie chorych (jakby to leczenie mogło się odbywać bez pracy lekarzy). Taki postulat z pewnością zostanie poparty masowo przez społeczeństwo, nie tylko dlatego, że ograniczy się zarobki lekarskie, ale także dlatego, że przemawia za nim wiele racjonalnych argumentów: lekarze będą mniej zmęczeni, będą mieli więcej czasu na doskonalenie zawodowe, będą bardziej związani z miejscem pracy, będą mogli bardziej poświęcić się swoim pacjentom, a przez to popełnią mniej błędów, lepiej i szybciej zdiagnozują, będą trafniej leczyć. Trudniej też byłoby lekarzom protestować przeciwko takim argumentom niż przeciw administracyjnemu ograniczeniu zarobków. Rozumowanie to ma swoją logikę, którą jednak można łatwo podważyć, gdy nie będą spełnione określone warunki.
Trzeba ograniczyć popyt na świadczenia lekarskie
Po pierwsze – ograniczenie czasu pracy lekarzy (i ich zatrudnienia do jednego miejsca) nie może spowodować pogorszenia dostępności pomocy lekarskiej, a jest to zagrożenie realne. Skoro lekarze pracują na przykład w dwóch miejscach i na dwa etaty, to znaczy, że znajdują tam pacjentów. Gdy ograniczą pracę, to wielu chorych nie będzie się mogło umówić na wizytę i kolejki wydłużą się jeszcze bardziej. Cóż zatem za korzyść dla ludzi, że lekarze mniej zarobią, skoro oni nie dostaną pomocy medycznej? Problem ten można, oczywiście, rozwiązać. Trzeba ograniczyć popyt na świadczenia. Nie chodzi o to, aby utrudnić dostęp chorym, ale ograniczyć korzystanie ze służby zdrowia przez ludzi, którzy de facto tego nie wymagają. Muszą zatem powstać mechanizmy motywujące pacjentów i lekarzy do niemnożenia niepotrzebnych świadczeń oraz płatnika do ograniczania takich prób. Trzeba też spowodować, aby lekarze nie musieli się zajmować innymi obowiązkami niż lekarskie. Wszystko to jest bardzo trudne i nie chce mi się wierzyć, aby obecna klasa polityczna była zdolna do takich działań.
Zachęcająca pensja
Po drugie – aby przyciągnąć lekarzy przy obostrzeniach dotyczących czasu pracy i miejsca zatrudnienia do publicznej ochrony zdrowia, pensje muszą być zachęcające, zwłaszcza w wypadku umowy o pracę. Warto przypomnieć, że obecnie zatrudnieni na takiej podstawie otrzymują zwykle minimalną gwarantowaną pensję (zasadniczą) w wysokości 1,45 średniej krajowej za poprzedni rok, za jeden etat. Owe rzekomo „niebotyczne” kwoty kontraktów, gdyby je przeliczyć na umowę o pracę i na jeden etat, wynoszą najczęściej około trzech średnich krajowych (pamiętając, że kwota kontraktu to brutto pensji na umowie o pracę minus 10 proc. przeznaczane na urlop, który dla pracowników jest płatny). Myślę zatem, że te – postulowane od lat – trzy średnie krajowe za etat skłoniłyby wielu do wybrania pracy w publicznej ochronie zdrowia. Badania sondażowe wśród lekarzy, przeprowadzone (dwukrotnie w ciągu kilku lat) przez OZZL za pośrednictwem portalu Medycyna Praktyczna, pokazały, że przy takich pensjach ok. 80 proc. ankietowanych byłoby skłonnych wybrać pracę w jednym miejscu w publicznej ochronie zdrowia. Czy jednak rządzący są gotowi zaoferować takie wynagrodzenia lekarzom na umowie o pracę, skoro już dzisiaj, gdy są niemal dwa razy mniejsze, kolą ich w oczy? Istnieje zatem niebezpieczeństwo, że lekarze mający do wyboru pracę na etacie za 1,5 średniej krajowej w szpitalu publicznym albo za trzy średnie w prywatnej poradni wybiorą tę drugą, tym bardziej że tam będą mogli dorobić, pracując dodatkowo.
Pojawiły się zarzuty, że ograniczenie pracy lekarzy do jednego miejsca uniemożliwi dzielenie się umiejętnościami przez wybitnych lekarzy w różnych placówkach (bo skoro doskonały chirurg będzie pracował np. w Szczecinie, to nie przeprowadzi rzadkiej operacji, której nikt inny nie potrafi robić, np. w Poznaniu). Nie jest to zarzut zupełnie bezpodstawny, ale ilu tak naprawdę jest takich specjalistów? Pięć procent lekarzy? Należałoby zatem dla nich znaleźć furtkę. Ogromna większość takiej furtki nie potrzebuje.
Na wyłączność
Podsumowując, postulat „jeden lekarz – jeden etat” jest racjonalny, a jego realizacja mogłaby dać wiele korzyści. Aby jednak to się udało i nie skończyło katastrofą z powodów, które wymieniłem, konieczne jest wprowadzenie wielu zmian jednocześnie i w wielu miejscach. Konieczny jest dialog rządzących z lekarzami, bo oni najlepiej wiedzą, gdzie są możliwości ograniczenia niepotrzebnych świadczeń (warunek konieczny, aby redukcja czasu pracy nie utrudniła chorym dostępu do koniecznego leczenia), i trzeba się z nimi dogadać w sprawie odpowiedniego wynagrodzenia za pracę na wyłączność w publicznej ochronie zdrowia. W ostatnich 30 latach nigdy to się nie udawało, a nawet nie zbliżyliśmy się do tego (płace lekarskie negocjowano w tzw. zespole trójstronnym, w którym nie było miejsca dla reprezentacji lekarskiej jako odrębnego podmiotu). Jak można zatem wierzyć, że uda się to tym razem? Obym się mylił.
Tekst Krzysztofa Bukiela, byłego przewodniczącego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, opublikowano w „Menedżerze Zdrowia” 1/2026.
Przeczytaj także: „Jeden lekarz – jeden etat” i „Zakaz łączenia pracy – sonda”.
Więcej tekstów z cyklu „Lekarzu, wybieraj: albo publicznie, albo prywatnie” po kliknięciu w poniższy baner.
Menedżer Zdrowia/Krzysztof Bukiel

