Miara sukcesu ►
Jeśli w instytucie medycznym nadzorowanym przez ministra zdrowia chcą wyremontować część naukową, to muszą przekonać swojego właściciela, że nie zajmują się nauką – na przykład odpowiednio zliczając powierzchnie szafek na szczotki.
- Podczas posiedzenia Podkomisji stałej do spraw zdrowia publicznego mówiono o aktualnej sytuacji w instytutach badawczych nadzorowanych przez ministra zdrowia
- Przedstawiciel jednego z nich zwrócił uwagę na problem inwestycji
- Użył obrazowego porównania
Nieporozumienie
Jednym z uczestników obrad był zastępca dyrektor do spraw naukowych Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego Michał Mikula.
Mówił o pieniądzach, nauce i leczeniu.
– Gdy patrzę na nasz instytut, to widzę głównie niedoinwestowanie części naukowej – zaczął, zwracając się do uczestniczącego w posiedzeniu dyrektora Departamentu Nadzoru i Kontroli Ministerstwa Zdrowia Rafała Główczyńskiego.
Podał przykład – jak to określił – nieporozumienia.
– Chcąc wyremontować część naukową, która na kampusie na Ursynowie ma 40 lat i jest zużyta, wykonujemy sztuczki, by przekonać naszego właściciela [czyli ministra zdrowia, że kwalifikują się do dofinansowania z jego resortu – red.], że to budynek tylko z nazwy naukowy. Liczymy metry kwadratowe pod każdym szachtem i szafką na szczotki – mówił Mikula, prosząc o większe zrozumienie u decydentów w tej kwestii.
Fragment posiedzenia z 12 marca poniżej, pod wideo dalsza część tekstu.
Posiedzenie w całości do obejrzenia na stronie internetowej: www.sejm.gov.pl/45F371.
„Hybrydy”
Główczyński odpowiedział, że problemem jest ustawa o instytutach badawczych, w której określono stan organizacyjno-prawny.
Ekspertowi chodziło o to, że instytuty medyczne to „hybrydy” – z jednej strony są jednostkami naukowymi, a z drugiej zwykłymi szpitalami. Ustawa o instytutach badawczych sankcjonuje ten status, który powoduje konkretne konsekwencje prawne i organizacyjne – instytuty medyczne mają ustawowy obowiązek udzielania świadczeń zdrowotnych. W skrócie, oznacza to, że podlegają jednocześnie ministrowi właściwemu do spraw zdrowia (nadzór merytoryczny i finansowy) i regulacjom dotyczącym podmiotów leczniczych (standardy medyczne), a gdy chcą chcą dostać pieniądze od Ministerstwa Zdrowia, muszą udowodnić, że... nie zajmują się nauką.
– Próbowaliśmy w pewnej ustawie to trochę zmienić i doprecyzować, stworzyć nowy rozdział w ustawie o instytutach badawczych, by rozwiązać problem, o którym mówił pan profesor, to jest kwestie inwestycyjne – bo Ministerstwo Zdrowia może przekazać środki inwestycyjne na podstawie ustawy o działalności leczniczej, czyli podmiotowi leczniczemu – stwierdził, podkreślając, że nie ma w ustawie zapisów o nauce,
– Chyba potrzebne są zmiany legislacyjne, by określić specyfikę naszych instytutów – stwierdził.
Podkreślił też, że konieczne byłyby uzgodnienia międzyresortowe.
– Minister zdrowia nie nadzoruje wszystkich instytutów medycznych. Są przecież jeszcze instytuty Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Należałoby się zastanowić, także z kierownictwem Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego, czy nie trzeba by było doprecyzować ustawy o instytutach badawczych i uwzględnić w niej ewidentnej specyfiki instytutów, które w pierwszej kolejności ratują życie i zdrowie, a w drugiej zajmują się działalnością naukową – podsumował.
Przeczytaj także: „Sytuacja podbramkowa, ale nie przegrana”.
Sejm

